środa, 24 września 2014

O tym, dlaczego przestałam wchodzić na wagę...

W ciągu swojego 20-letniego życia wielokrotnie słyszałam komentarze na temat mojej wagi, lub jak kto woli ... niedowagi. Odkąd pamiętam - byłam chudzielcem. W dzieciństwie po 4 roku życia zaczęłam intensywnie rosnąć, a procent tkanki tłuszczowej był minimalny. Przeglądając zdjęcia można nawet zauważyć piękny naturalny sześciopak - nie, nie uprawiałam sportu, byłam po prostu "ruchliwa". Miłość do aktywności fizycznej od najmłodszych lat próbował zaszczepić we mnie tata - były narciarz biegowy, który przez kontuzję musiał przerwać swoją karierę. To on wyleczył mnie chwilowo z tzw. cykorzenia - strachu prze d upadkiem, utonięciem po wrzuceniu na głęboką wodę, zdartym kolanem czy niepowodzeniem w pierwszej jeździe na rowerze bez asekuracji. Był konsekwentny, ale to pozytywna cecha każdego trenera

W pierwszych latach podstawówki zniechęciłam się do jakiejkolwiek aktywności fizycznej przez zajęcia korekcyjne, na które zmuszona byłam uczęszczać ze względu na wadę kręgosłupa. Zadawane ćwiczenia powodowały ból, instruktor nie robił z tego większego problemu, ba udawał, że go nie ma - ale czego więcej oczekiwać od emerytowanego wuefisty w małej mieścinie - na pewno nie profesjonalizmu i na pewno nie w tamtych czasach. 

Widząc akcję promowaną przez Annę Lewandowską 'Stop zwolnieniom z WF' mimowolnie się uśmiecham. Do pierwszej klasy LO był to znienawidzony przeze mnie przedmiot. Zaczęło się w czwartej klasie podstawówki, gdzie po raz pierwszy przydzielono wszystkim wuefistę - na dodatek zupełnie niekompetentnego, nie szczędzącego szyderczych uśmieszków i komentarzy na nasz temat kierowanych do drugiego nauczyciela wychowania fizycznego. On nie uczył - on wyśmiewał. 

To właśnie wtedy pojawiła się pierwsza, zacięta rywalizacja pomiędzy urodzonymi mezomorfikami, endomorfikami i ektomorfikami. Ja należałam do tych ostatnich. Nie oznacza to, że tacy ludzie nie mają potencjału do sportu - wręcz przeciwnie - należy je odkryć. Ja nie miałam warunków do ich odkrycia, w domu zresztą na swoje narzekania słyszałam krótki komentarz 'nie możemy być ze wszystkiego najlepsi' - nawiązywał on do mojej nauki. Uczyłam się dobrze. Obraz kujona bez koordynacji ruchowej to najlepszy pretekst do żartów właśnie na godzinach wychowania fizycznego. 

Wielokrotnie byłam kozłem ofiarnym i punktem celowych, silnych piłek setowych od najbardziej wysportowanych dziewczyn, chcących zaimponować wuefistom. Brak różnorodności w trakcie zajęć, ograniczający się do rzucenia piłki dzieciakom czy odświętne ćwiczenia na sprawdzenie wytrzymałości (kończące się tygodniowymi zakwasami) to nie jedyny powód, dla którego organizowana przez żonę polskiego napastnika wydawała mi się śmieszna. Nie ma opcji, żeby ludzie z dnia na dzień pokochali sport w imię wyższych idei. Potrzebny jest bodziec i odpowiednia osoba, która przeprowadzi nas z trudnej drogi nienawiści do miłości. Tak jest ze wszystkim.

Wracając jednak do mojej historii ze sportem. Gimnazjum - kolejny okres porażek i niepowodzeń. Prócz wspomnianego przeze mnie wyżej braku różnorodności doszedł fakt, że wuefista, który prowadził nasze zajęcia - znał mojego ojca. 

'Nie wdałaś się w tatę.' - kwitował krótko za każdym razem, gdy omdlewając przebiegałam szóste kółko wokół szkoły w najgorszy mróz, dusząc się, krztusząc, nie czując nóg. Wielokrotnie przez takie hartowanie organizmu chorowałam na zapalenie oskrzeli, dwukrotnie na zapalenie płuc. Kiedy na dworze robiło się odpowiednio zimno (temperatura spadała poniżej 5 stopni Celsjusza), mogliśmy w końcu wrócić do murów szkoły i grac w uwielbianą przez mezomorficznych mutantów siatkówkę. Wyjątkiem rozrywek była koszykówka - której również nie ogarniałam, rzucanie piłkami lekarskimi - nieprzystosowanymi wagą do budowy ciała połowy uczniów, czy też wiszenie na drążku - bez wcześniejszej rozgrzewki. Dlaczego mówię bez rozgrzewki? Prowadziły ją najczęściej osoby niemające pojęcia o poszczególnych ćwiczeniach. 

To właśnie w gimnazjum jedna z uczennic celowała w moją stronę siatkową piłkę setową, której nie tylko nie odebrałam w należyty sposób, ale również oberwałam w nos, który  - jak niedawno się okazało - został złamany. 

Nie zdawałam sobie z tego sprawy do początku bieżącego roku, a dokładniej momentu, w którym  usłyszałam od otorynolaryngologa, że mam nos pourazowy ze skrzywioną przegrodą - stąd  oddychanie jedną dziurką i typowy 'nosowy' głos. Nikt nie zauważył tego złamania w odpowiednim czasie. Bolał, puchnął, a o odszkodowaniu mogę w tej chwili pomarzyć. 

Gdy nadchodziły końcowe dni zimy - nawet zanim weszliśmy w kalendarzową wiosnę - ponownie wychodziliśmy na dwór: 

- rzucać oszczepem - oberwałam w głowę 
- rzucać kulą - zmiażdżyłam sobie stopę
- grac w piłkę ręczną - o, a tutaj zdarzyło się, że zostałam z całej siły popchnięta na betonowe, chropowate boisko, na którym zdarłam sobie skórę z kolan, dzięki czemu blizny posiadam do dnia dzisiejszego. 

I jak tu pisać o pozytywnych wspomnieniach?  

W drugiej gimnazjum powiedziałam - dość upokorzeń. Nie miałam wiele siły, ponieważ nigdy nie ćwiczyłam z naciskiem na trening siłowy, za to moim ogromnym atutem była elastyczność ciała. W domowym zaciszu zaczęłam się rozciągać - właśnie za szpagat otrzymałam pierwszą pozytywną ocenę z wf. Stretching był moją pierwszą ulubioną formą aktywności fizycznej. 

Później doszły brzuszki, lekkie hantelki, dzięki którym nieco bardziej wyrzeźbiłam swoją sylwetkę. Pod koniec trzeciej gimnazjum wuefista zdecydował się dać mi piątkę na koniec roku dzięki czemu miałam najwyższą średnią w szkole. To był mój motor do działania - niby nic, a jednak ktoś, kto przez bite dwa lata widział we mnie ofermę losu, w końcu docenił moje starania

Przez wakacje dzielące gimnazjum i początek LO intensywnie ćwiczyłam. Moja wydolność i siła skoczyły ku górze, potrafiłam nie tylko z odpowiednią siłą zaserwować piłkę w siatkówce, ale również bez większego wysiłku przepłynąć 60 długości na basenie (ile to jest w kilometrach/metrach?) 

Dopiero w liceum okres przestał być moją wymówką do rezygnacji z ćwiczeń. Moje zainteresowanie aktywnością fizyczną wzrastało z dnia na dzień. Zabawne, że przez chwilę myślałam nawet o studiowaniu na AWF. Doszłam jednak do wniosku, że sport może być w moim przypadku tylko i wyłącznie hobby - niekoniecznie formą zarabiania pieniędzy...

Wracają jednak do tytułu dzisiejszego wpisu. Waga i jej wahania wciąż są moim problemem. Może zabrzmi to śmiesznie, ale chcę przytyć... W szczytowej formie ważyłam 55 kg. Przed maturą gwałtownie schudłam - prawie 8 kg - nie jest to normalne, więc postanowiłam udać się do lekarza, który następnie skierował mnie do endokrynologa, ten natomiast zlecił wszystkie istotne badania, po których okazało się... że jestem zdrowa.

Nikt do końca nie wie, co było powodem mojego gwałtownego spadku wagi. Obsesyjnie próbowałam wrócić do upragnionych 55 kg, jednak z czasem zrozumiałam, że nadmierne jedzenie i wpychanie w siebie na siłę nie przynosi niczego innego poza zmęczeniem, ociężałością i brakiem chęci do ćwiczeń.

Trenowałam dalej, zauważyłam przyrost tkanki mięśniowej i zadowolona postanowiłam wejść na wagę. To co ujrzałam - przeraziło mnie kompletnie. 47 kg oznaczało alarmującą niedowagę. Przesadziłam z ćwiczeniami - myślałam.

Przestałam ćwiczyć początkowo na tydzień - zaczęłam więcej jeść. Kolejne sprawdzanie wagi wprawiało mnie w kompletne osłupienie. 46 kg... 45 kg... 44,5... Udałam się ze swoim problemem do dietetyka, który rozpisał mi racjonalny jadłospis na cały tydzień. Trzymałam się go jak tonący brzytwy: 6 posiłków dziennie, co 3 godziny. Stawałam na wagę i nic. Wciąż niedowaga. Nie rozumiałam tego. W lustrze nie widziałam kościotrupa - wręcz przeciwnie - zdrową, szczupłą osobę. Dzieliłam się swoimi problemami z przyjaciółką, która dolała oliwy do ognia, kiedy się spotkałyśmy, mówiąc, że faktycznie schudłam.

Zaczęłam przeglądać artykuły na temat wrodzonej chudości, tego, że organizm może mieć tendencję do zamieniania kcal w ciepło - a nie ich magazynowania. Wyczytałam również, że dobrym sposobem na nabranie masy mogą być ćwiczenia siłowe - na początek jednej partii ciała. Czemu nie - pomyślałam - Zawsze to jakiś powrót do ćwiczeń. I zaczęłam ćwiczyć.

Czas na paradoks tej historii. Ostatnio przy okazji wizyty u weterynarza postanowiłam stanąć na wagę. Ujrzałam wymarzoną, nieprawdopodobną liczbę 50 kg. Z zaciekawieniem spojrzałam na lekarza pytając, czy ta waga działa na ludzi tak samo jak na zwierzęta. Odpowiedział, że tak. Nie ukrywając radości popędziłam do domu i postanowiłam dokładnie obejrzeć wagę. Okazało się, że majstrowała przy niej moja mama, która odejmowała sobie kilogramy, by poczuć się lepiej po stanięciu na wagę. 

- Wiesz kochanie, mi to poprawiało humor, a Tobie dało mobilizację do tycia. 

#takbardzooszukana
#nieufamwagom
#czujsięzdrowowewłasnymciele


      ♡  
ASK.FM       TWITTER       INSTAGRAM       PINTEREST        BLOGLOVIN' 

Witaj na HR (to taki skrót od hairoutine). Cieszę się, że tu jesteś. Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz opinię na temat wpisu. Nie toleruję spamu, krytyki (chyba, że konstruktywnej). Jeśli chcesz wyrazić odmienne niż moje zdanie: droga wolna, tylko proszę, zrób to w sposób kulturalny. Twój komentarz w tajemniczy sposób zniknął? Cóż, najwidoczniej brakuje mi dystansu do siebie! Poniżej masz kilka opcji, na przykład reakcje. Dzięki nim możesz ocenić notkę w skali: zabawne - interesujące - przydatne. Jeśli chcesz udostępnij mój wpis na jednym z portali społecznościowych - Twitterze, Facebooku, Google+ lub na Pintereście.

piątek, 19 września 2014

Smoczy owoc


Niskokaloryczny, bogaty w witaminy B, C i E oraz w wapń i fosfor - niezbędne do wzrostu zdrowych, lśniących i silnych włosów. Jak na tropikalny owoc przystało w 80% składa się z wody, dlatego doskonale nadaje się do zgaszenia pragnienia na przykład po intensywnym treningu - coś o tym wiem. Duża ilość antyoksydantów pozwala zachować młodość i chroni przed czynnikami nowotworowymi, a ekstrakt z owocu należy do substancji przeciwdziałających starzeniu się skóry! Czego chcieć więcej?

Co ciekawe, piękna, różowo-pomarańczowa, jaskrawa barwa może zmylić - osoby, które dotąd nie miały okazji próbować Pitaji mogą nastawić się na intensywny, kwaśny smak - nic bardziej mylnego! 

Smoczy owoc, mimo swojego wyglądu w smaku jest słodkawy, czasami nawet mdlący. Dlatego też doskonale nadaje się do uzupełnienia deserów mlecznych - osobiście uwielbiam łączyć pitaję z mlekiem kokosowym - taki koktajl jest nie tylko sycący - to ogromna dawka witamin! Mleko kokosowe to alternatywa dla mleka krowiego - zwłaszcza dla osób nietolerujących laktozy i ludzi uczulonych na białko mleka krowiego. Warto kupować te w 100% naturalne, bez konserwantów i substancji zagęszczających - zależy nam przecież na zdrowiu ;)


Sięgam po Pitaję za każdym razem, kiedy próbuję ograniczyć słodkości. Obecnie przechodzę próbę #498752429. Z jakim skutkiem? Zobaczymy. Trzymajcie kciuki - jestem na etapie, w którym gruszka smakuje jak czekolada. #uzależnienieodcukrutakbardzo #jakżyć


      ♡  
ASK.FM       TWITTER       INSTAGRAM       PINTEREST        BLOGLOVIN' 

Witaj na HR (to taki skrót od hairoutine). Cieszę się, że tu jesteś. Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz opinię na temat wpisu. Nie toleruję spamu, krytyki (chyba, że konstruktywnej). Jeśli chcesz wyrazić odmienne niż moje zdanie: droga wolna, tylko proszę, zrób to w sposób kulturalny. Twój komentarz w tajemniczy sposób zniknął? Cóż, najwidoczniej brakuje mi dystansu do siebie! Poniżej masz kilka opcji, na przykład reakcje. Dzięki nim możesz ocenić notkę w skali: zabawne - interesujące - przydatne. Jeśli chcesz udostępnij mój wpis na jednym z portali społecznościowych - Twitterze, Facebooku, Google+ lub na Pintereście.

środa, 10 września 2014

ULUBIEŃCY: Rumianek


Gdybym miała wymienić minimum trzy rodzaje ziół, które: naprawdę lubię pić, przypadły do gustu moim kubkom smakowym (co jest rzadkością, serio) i których właściwości cenię sobie nade wszystko, na pierwszy ogień niewątpliwie poleciałby ... rumianek.

Gatunek tej rośliny jest mi niezwykle bliski od najmłodszych lat. Dorastałam w małym miasteczku, gdzie łąki były w odległości rzutu beretem, a co za tym idzie, wycieczki po zioła mogłam przez długi, długi czas dzieciństwa nazywać chlebem powszednim. Mama dość często robiła płukanki rumiankowe, którymi (poza myciem włosów rumiankowym Johnson's Baby), podkreślała jasne refleksy moich naturalnych blond herów.

 

Dwa lata temu przypadkiem trafiłam na rumiankową herbatę z cytryną Herbapol. Jej smak mnie oczarował, jednak nigdy więcej nie trafiłam na nią w sklepie. Pytałam w aptekach, sklepach zielarskich - nic. Koniec końców poszłam po rozum do głowy: po co szukać rumiankowej herbaty z cytryną, skoro można kupić zwykły suszony rumianek, zaparzyć go i dodać świeżej cytryny? Eureka. Do tego wszystkiego dwie łyżeczki miodu gryczanego i mamy przepyszny napój Bogów. Ok, przepyszny napój Hai.


Jakie są zalety picia rumianku? 

Przede wszystkim posiada istotne właściwości przeciwzapalne, bakteriostatyczne i przeciwbakteryjne. Jest pomocny w niwelowaniu negatywnych skutków stresu, ma działanie rozkurczające, dzięki czemu jest pomocny w dolegliwościach układu pokarmowego - wzdęciach, bólach brzucha, zaparciach czy biegunkach. braku łaknienia i chorobie lokomocyjnej- gdy jest pity pół godziny przed podróżą. Rumianek posiada olejki eteryczne, mające działanie bakteriobójcze wobec bakterii gram-dodatnich i grzybów Candida albicans. Wykazane są również jego właściwości przeciwwrzodowe, przeciwutleniające i przeciwlękowe. 


Jak jeszcze można wykorzystać rumianek? W wypiekach! Oto przepis na babeczki rumiankowe z miodową polewą:

ciasto:
1/4 szklanki miękkiego masła
1 szklanka mąki tortowej
3/4 szklanki cukru pudru
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
3 łyżki suszonego rumianku
1/2 szklanki mleka
1 jajko
1 łyżeczka cukru wanilinowego

polewa:
1 i pół szklanki cukru pudru
1 łyżka stołowa miodu (ja używam gryczanego)
około 5 łyżek śmietany kremówki
szczypta soli

przygotowanie:
Nagrzać piekarnik do 170*;
Dokładnie wymieszać wszystkie składniki na ciasto, następnie wlewać je do foremek do połowy. Babeczki piec 17-20 minut, wyjąc z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia około 10 minut. Przestygnięte babeczki polać wcześniej przygotowaną polewą miodową. Smacznego! 


© Oryginalny, angielski przepis znajdziesz tutaj.

Lubicie rumianek? 

poniedziałek, 8 września 2014

HAUL: catrice – eybrow set (zestaw do malowania brwi)


Hej kochani! Dziś przygotowałam dla was malutki haul, do którego przyczyniła się niejako właściwie druga makijażowa vlogerka, dzięki której moje umiejętności mejkapu wzrosły diametralnie. No bo kto nie zna maxineczki? W jej przedostatnim filmiku mogliśmy obejrzeć krótkie recenzje produktów do brwi. Wśród kosmetycznych ulubieńców wspomniała o zestawie do brwi catrice, na który czaiłam się od dłuższego czasu. Koniec końców zamówiłam go za pośrednictwem Minti SHOP i mimo ostrzeżenia, że na produkt poczekam 5 dni ... kurier zapukał już dziś! Eoeoeoeo!


W standardowym kartonowym pudełku, ozdobionym jednakże uroczą, firmową tasiemką Minti Shop czekała malutka paczuszka otulona folą bąbelkową, którą swoją drogą uwielbiam. (Super perspektywa na resztę popołudnia. Kto nie lubi bąbelków?)


Drobne, minimalistyczne, eleganckie opakowanie. Ciekawe jak z wytrzymałością!



Na set składają się dwa cienie, lusterko, szufladka z pęsetą, pędzelkiem i szczoteczką do brwi. W skrócie: nie ważne gdzie jesteś, o brwi zadbasz dosłownie wszędzie! A skoro mowa o brwiach, jest takie powiedzenie, które od lat niezmiernie poprawia mi humor:


♡  
ASK.FM       TWITTER       INSTAGRAM       PINTEREST        BLOGLOVIN' 

Witaj na HR (to taki skrót od hairoutine). Cieszę się, że tu jesteś. Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz opinię na temat wpisu. Nie toleruję spamu, krytyki (chyba, że konstruktywnej). Jeśli chcesz wyrazić odmienne niż moje zdanie: droga wolna, tylko proszę, zrób to w sposób kulturalny. Twój komentarz w tajemniczy sposób zniknął? Cóż, najwidoczniej brakuje mi dystansu do siebie! Poniżej masz kilka opcji, na przykład reakcje. Dzięki nim możesz ocenić notkę w skali: zabawne - interesujące - przydatne. Jeśli chcesz udostępnij mój wpis na jednym z portali społecznościowych - Twitterze, Facebooku, Google+ lub na Pintereście.

niedziela, 7 września 2014

'gdy włosy wypadają szybciej...'

oryginał ©

Do napisania dzisiejszego postu skłoniło mnie kilka rzeczy. Przede wszystkim obserwacje włosów na swoim własnym przykładzie, a co najważniejsze - prośba czytelniczki. Pewnie większość z was zauważyła, że już na początku jesieni wypada nam coraz to większa ilość włosów. Jest to normalne, pod warunkiem, że ilość wypadających herów nie przekracza 200 dziennie (teraz siedź i licz każdego wypadającego włosa, hehehehehe). Jesienne łysienie nie powinno być powodem do niepokoju o ile trwa krótko. Jeżeli po pewnym czasie nasilenie wzrośnie - powinniśmy podjąć kilka kroków zapobiegawczych. 

Najlepszym i najprostszym sposobem na wzmocnienie włosów jest ich podcięcie. Czytelników doszukujących się absurdu w powyższym stwierdzeniu wyprowadzam z błędu - nie, nie chodzi o to, że podcięcie wzmocni cebulki. Podcinając włosy pozbędziemy się zniszczonych końców, które w trakcie rozczesywania kołtunią się i podczas szarpnięcia szczotką, powodują wypadanie osłabionych włosów.

Staraj się przebywać dużo na świeżym powietrzu - i nie mam tu na myśli spacerów w pobliskim, miejskim parku, w którym pomimo zieleni i tak nawdychasz się smogu - postaraj się wyjechać za miasto. Czyste powietrze pozytywnie wpłynie nie tylko na cebulki włosów, ale i uśpione upojnym lenistwem lata komórki mózgowe... a październik, drodzy studenci, tuż tuż!

Bardzo istotna jest dieta. Uzupełniona w nienasycone kwasy tłuszczowe (oliwa z oliwek, oliwki, pestki ze słonecznika i dyni, suszone owoce), białko rybie i witaminy z pewnością zaprocentuje. Mrożone owoce również posiadają wartości odżywcze. Dodatkowa suplementacja w postaci skrzypu polnego, pokrzywy i drożdży również mile widziana. Pamiętajcie, żeby nie przesadzić - tabletki możemy przyjmować nie dłużej niż 4 miesiące. Należy ograniczyć kawę, wodę mineralną, a zastąpić je świeżymi sokami z warzyw i owoców. Zamiast słodyczy i fastfoodów należy postawić na zbilansowane posiłki, które dostarczą organizmowi odpowiednich składników odżywczych.

Kolejny punkt - odpowiednia pielęgnacja. Nadmiernie wypadające włosy należy traktować nader delikatnie. Pobudzanie krążenia skóry głowy jest niezwykle istotne. I nie mam tu na myśli gwałtownego szorowania skóry głowy pazurami, tylko zaopatrzenie się w odpowiednie kosmetyki. Dzisiejszy rynek oferuje mnóstwo preparatów na bazie mięty pieprzowej, kofeiny, papryki, rozmarynu czy substancji farmakologicznych mających na celu pobudzenie krążenia. Przed kuracją wzmacniającą należy dokładnie oczyścić naskórek głowy z wszelkich zanieczyszczeń - można to zrobić samemu w domu z pomocą peelingów przeznaczonych do skóry głowy, lotionów czy toników lub po prostu udać się do odpowiedniego gabinetu trychologicznego / kosmetologicznego. 

Podobnie jak na jesień - włosy mogą zareagować wypadaniem na wiele innych czynników. Może być to stres, depresja, problemy z tarczycą, rekonwalescencja po narkozie. Należy pamiętać, że wypadanie włosów może wystąpić z efektem opóźnienia, czyli nawet kilka miesięcy po traumatycznym wydarzeniu, grypie, którą przebyliśmy pół roku wcześniej czy stresie w pracy. W postawieniu odpowiedniej diagnozy pomocne są badania takie jak morfologia, oznaczenie poziomu żelaza, magnezu i wapnia we krwi, stężenie hormonów tarczycy, WR. Gdy łysienie ma związek z chorobami, pomocny może okazać się endokrynolog, internista lub gastrolog.

A oto moja dzisiejsza porcja witamin :)

wtorek, 2 września 2014

WŁOSY: WRZESIEŃ 2014


Dzisiaj szybka aktualizacja, ponieważ mamy wrzesień, a ja: latam jak głupia po mieście, roznoszę CV, załatwiam papierkowe sprawy związane ze szkołą, szukam mieszkania, w międzyczasie próbuję się uczyć, ogarniać dom i H A I R O U T I N E.

Wynalazca kalendarza powinien dostać nagrodę Nobla przyznaną przez Stowarzyszenie Sklerotyków, o ile takowe istnieje, a jak nie - chętnie podejmę się roli dumnej założycielki. To też jakieś życiowe osiągnięcie, czyż nie?

Dobra, przechodzę do rzeczy. Strzeliłam hairfie (hair+selfie), ale zarówno fotografia z fleszem jak i bez flesza, nie oddają aktualnego ich stanu. Falują się od warkocza, w którym spałam, wyginają na boki, ale ich stan zdaje się lepszy niż wyglądają.

Warto było je podciąć, rosną (jak na drożdżach, dosłownie i w przenośni), czego dowodem jest coraz większy odrost, niestety coraz bardziej odbijający się od pofarbowanej części (nie tak miało być!).

Kupiłam nowy Gliss Kur, zbieram się do denka, więc spodziewajcie się na dniach recenzji. Zapraszam też na INSTAGRAM, gdzie jak na razie jestem o wiele bardziej aktywna.  I z całego serca przepraszam za brak komentarzy na Waszych blogach. Czytam posty, jestem cichą wielbicielką, ale po prostu nie wyrabiam z czasem. Do napisania!