środa, 24 września 2014

O tym, dlaczego przestałam wchodzić na wagę...

W ciągu swojego 20-letniego życia wielokrotnie słyszałam komentarze na temat mojej wagi, lub jak kto woli ... niedowagi. Odkąd pamiętam - byłam chudzielcem. W dzieciństwie po 4 roku życia zaczęłam intensywnie rosnąć, a procent tkanki tłuszczowej był minimalny. Przeglądając zdjęcia można nawet zauważyć piękny naturalny sześciopak - nie, nie uprawiałam sportu, byłam po prostu ruchliwa. Miłość do aktywności fizycznej od najmłodszych lat próbował zaszczepić we mnie tata - były narciarz biegowy, który przez kontuzję musiał przerwać swoją karierę - historia jakich wiele, niestety takie jest życie. To on wyleczył mnie chwilowo z tzw. cykorzenia - strachu przed upadkiem, utonięciem po wrzuceniu na głęboką wodę, zdartym kolanem czy niepowodzeniem w pierwszej jeździe na rowerze bez asekuracji. Był konsekwentny, ale to pozytywna cecha każdego trenera. 

W pierwszych latach podstawówki zniechęciłam się do jakiejkolwiek aktywności fizycznej przez zajęcia korekcyjne, na które zmuszona byłam uczęszczać przez wadę kręgosłupa. Zadawane ćwiczenia powodowały ból, instruktor nie robił z tego większego problemu, ba udawał, że go nie ma - ale czego więcej oczekiwać od emerytowanego wuefisty w małej mieścinie - na pewno nie profesjonalizmu i na pewno nie w tamtych czasach. 

Widząc akcję promowaną przez Annę Lewandowską 'Stop zwolnieniom z WF' mimowolnie się uśmiecham. Do pierwszej klasy LO był to znienawidzony przeze mnie przedmiot. Zaczęło się w czwartej klasie podstawówki, gdzie po raz pierwszy przydzielono wszystkim wuefistę - na dodatek zupełnie niekompetentnego, nie szczędzącego szyderczych uśmieszków i komentarzy na nasz temat  kierowanych do drugiego nauczyciela wychowania fizycznego. On nie uczył - on wyśmiewał. To właśnie wtedy pojawiła się pierwsza, zacięta rywalizacja pomiędzy urodzonymi mezomorfikami, endomorfikami i ektomorfikami. Ja należałam do tych ostatnich. Nie oznacza to, że tacy ludzie nie mają potencjału do sportu - wręcz przeciwnie - należy je odkryć. Ja nie miałam warunków do ich odkrycia, w domu zresztą na swoje narzekania słyszałam krótki komentarz 'nie możemy być ze wszystkiego najlepsi' - nawiązywał on do mojej nauki. Uczyłam się dobrze. Obraz kujona bez koordynacji ruchowej to najlepszy pretekst do żartów właśnie na godzinach wychowania fizycznego. Wielokrotnie byłam kozłem ofiarnym i punktem celowych, silnych piłek setowych od najbardziej wysportowanych dziewczyn, chcących zaimponować przystojnym wuefistom. Brak różnorodności w trakcie zajęć, ograniczający się do rzucenia piłki dzieciakom lub  odświętne ćwiczenia na sprawdzenie wytrzymałości, kończące się tygodniowymi zakwasami to nie jedyny powód, dla którego organizowana przez żonę polskiego napastnika wydaje się śmieszna. Nie ma opcji, żeby ludzie z dnia na dzień pokochali sport w imię wyższych idei. Potrzebny jest bodziec i odpowiednia osoba, która przeprowadzi nas z trudnej drogi nienawiści do miłości.

Wracając jednak do mojej historii ze sportem. Gimnazjum - kolejny okres porażek i niepowodzeń. Prócz wspomnianego przeze mnie wyżej braku różnorodności doszedł fakt, że wuefista, który prowadził nasze zajęcia - znał mojego ojca. 'Nie wdałaś się w tatę.' - kwitował krótko za każdym razem, gdy omdlewając przebiegałam szóste kółko wokół szkoły w najgorszy mróz, dusząc się, krztusząc, nie czując nóg. Wielokrotnie przez takie hartowanie organizmu chorowałam na zapalenie oskrzeli, dwukrotnie na zapalenie płuc. Kiedy na dworze robiło się odpowiednio zimno (temperatura spadała poniżej 5 stopni Celsjusza), mogliśmy w końcu wrócić do murów szkoły i grac w uwielbianą przez mezomorficznych mutantów siatkówkę. Wyjątkiem rozrywek była koszykówka - której również nie ogarniałam, rzucanie piłkami lekarskimi - nieprzystosowanymi wagą do budowy ciała połowy uczniów, czy też wiszenie na drążku - bez wcześniejszej rozgrzewki. Dlaczego mówię bez rozgrzewki? Prowadziły ją najczęściej osoby niemające pojęcia o poszczególnych ćwiczeniach. 

To właśnie w gimnazjum jedna z uczennic, chcąc zrobić sensację - wycelowała we mnie siatkową piłkę setową, której nie tylko nie odebrałam w należyty sposób, ale również oberwałam w nos, który  - jak niedawno się okazało - został złamany. Nie zdawałam sobie tego sprawy do tego roku, do momentu, aż usłyszałam od otorynolaryngologa, że mam nos pourazowy ze skrzywioną przegrodą, dlatego oddycham jedną dziurką i mam 'głos nosowy'. Nikt kompetentny nie zauważył złamania. Nos bolał, puchnął. O odszkodowaniu mogę w tej chwili pomarzyć. Gdy nadchodziły końcowe dni zimy - nawet zanim weszliśmy w kalendarzową wiosnę - ponownie wychodziliśmy na dwór rzucać oszczepem - oberwałam w głowę, kulą - zmiażdżyłam sobie stopę, a nawet grac w piłkę ręczną - wówczas zostałam z całej siły popchnięta na betonowe, chropowate boisko i zdarłam sobie skórę z kolan, dzięki czemu blizny posiadam do dnia dzisiejszego. I jak tu pisać o pozytywnych wspomnieniach?  

W drugiej gimnazjum powiedziałam sobie - dość upokorzeń. Nie miałam wiele siły, ponieważ nigdy nie ćwiczyłam z naciskiem na trening siłowy, za to moim ogromnym atutem była elastyczność ciała. W domowym zaciszu zaczęłam się rozciągać - właśnie za szpagat otrzymałam pierwszą pozytywną ocenę z wf. Żebyście widzieli miny zazdrosnych mezomorficznych mutantów, które następnie tak jak ja za wszelką cenę chciały dojść do takiej formy - oczywiście z niepowodzeniem. Stretching był moją pierwszą ulubioną formą aktywności fizycznej. Później doszły brzuszki, lekkie hantelki, dzięki którym nieco bardziej wyrzeźbiłam swoją sylwetkę. Pod koniec trzeciej gimnazjum wuefista zdecydował się dać mi piątkę na koniec roku dzięki czemu miałam najwyższą średnią w szkole. To był mój motor do działania - niby nic, a jednak ktoś, kto przez bite dwa lata widział we mnie łamagę, w końcu docenił moje starania. Przez wakacje dzielące gimnazjum i początek LO intensywnie ćwiczyłam. Moja wydolność i siła skoczyły ku górze, potrafiłam nie tylko z odpowiednią siłą zaserwować piłkę w siatkówce, ale również bez większego wysiłku przepłynąć 60 długości na basenie, co dało mi ocenę celującą na koniec. Właśnie w liceum okres przestał być moją wymówką do ćwiczeń, nauczycielka doceniła to, że nie miałam zwolnień, tak jak większość koleżanek. Moje zainteresowanie aktywnością fizyczną rosło z dnia na dzień. W drugiej LO, po przeprowadzce do innego miasta raczej trzymałam się mezmoroficznych mutantów, przez co żaden z wuefistów nie widział we mnie tej dawnej, zakompleksionej, niepewnej swoich sił dziewczyny. Zabawne, że przez chwilę nawet myślałam o studiowaniu na AWF. Doszłam jednak do wniosku, że sport może być w moim przypadku hobby - niekoniecznie formą zarabiania pieniędzy...


Wracają jednak do tematu tytułowego postu. Waga i jej wahania wciąż są moim problemem. Może zabrzmi to śmiesznie, ale chcę przytyć... W szczytowej formie ważyłam 55 kg. Przed maturą gwałtownie schudłam - prawie 8 kg - nie jest to normalne, więc postanowiłam udać się do lekarza, który następnie skierował mnie do endokrynologa, ten natomiast zlecił wszystkie istotne badania, po których okazało się... że jestem zdrowa. Nikt do końca nie wie, co było powodem mojego gwałtownego spadku wagi. Obsesyjnie próbowałam wrócić do upragnionych 55 kg, jednak z czasem zrozumiałam, że nadmierne jedzenie i wpychanie w siebie na siłę nie przynosi niczego innego poza zmęczeniem, ociężałością i brakiem chęci do ćwiczeń. Trenowałam dalej, zauważyłam przyrost tkanki mięśniowej i zadowolona postanowiłam wejść na wagę. To co ujrzałam - przeraziło mnie kompletnie. 47 kg oznaczało alarmującą niedowagę. Przesadziłam z ćwiczeniami - myślałam. Przestałam ćwiczyć początkowo na tydzień - zaczęłam więcej jeść. Kolejne sprawdzanie wagi wprawiało mnie w kompletne osłupienie. 46 kg... 45 kg... 44,5... Udałam się ze swoim problemem do dietetyka, który rozpisał mi racjonalny jadłospis na cały tydzień. Trzymałam się go jak tonący brzytwy, 6 posiłków dziennie, co 3 godziny. Stawałam na wagę i nic. Wciąż niedowaga. Nie rozumiałam tego. W lustrze nie widziałam kościotrupa - wręcz przeciwnie - zdrową, szczupłą osobę. Dzieliłam się swoimi problemami z przyjaciółką, która dolała oliwy do ognia, kiedy się spotkałyśmy - Faktycznie schudłaś... - stwierdziła - Tu, na buzi... - Jej subiektywna opinia wprowadziła mnie w jeszcze większy smutek. Do tego doszedł brak ćwiczeń, które nie oszukujmy się: kocham - depresja gwarantowana. Zaczęłam przeglądać artykuły na temat wrodzonej chudości, tego, że organizm może mieć tendencję do zamieniania kcal w ciepło - a nie ich magazynowania. Wyczytałam również, że dobrym sposobem na nabranie masy mogą być ćwiczenia siłowe - na początek jednej partii ciała. Czemu nie - pomyślałam - Zawsze to jakiś powrót do ćwiczeń. I zaczęłam ćwiczyć. Najważniejszy jest jednak paradoks całej tej historii. Ostatnio przy okazji wizyty u weterynarza postanowiłam stanąć na wagę. Ujrzałam śliczną, nieprawdopodobną liczbę 50 kg. Z zaciekawieniem spojrzałam na lekarza pytając, czy ta waga działa na ludzi tak samo jak na zwierzęta. Odpowiedział, że tak. Nie ukrywając radości popędziłam do domu i postanowiłam dokładnie obejrzeć wagę. Okazało się, że majstrowała przy niej moja mama, która odejmowała sobie kilogramy, by poczuć się lepiej po stanięciu na wagę. 

- Wiesz kochanie, mi to poprawiało humor, a Tobie dało mobilizację do tycia. 

#takbardzooszukana
#nieufamwagom
#czujsięzdrowowewłasnymciele


      ♡  
ASK.FM       TWITTER       INSTAGRAM       PINTEREST        BLOGLOVIN' 

Witaj na HR (to taki skrót od hairoutine). Cieszę się, że tu jesteś. Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz opinię na temat wpisu. Nie toleruję spamu, krytyki (chyba, że konstruktywnej). Jeśli chcesz wyrazić odmienne niż moje zdanie: droga wolna, tylko proszę, zrób to w sposób kulturalny. Twój komentarz w tajemniczy sposób zniknął? Cóż, najwidoczniej brakuje mi dystansu do siebie! Poniżej masz kilka opcji, na przykład reakcje. Dzięki nim możesz ocenić notkę w skali: zabawne - interesujące - przydatne. Jeśli chcesz udostępnij mój wpis na jednym z portali społecznościowych - Twitterze, Facebooku, Google+ lub na Pintereście.

6 komentarzy :

  1. jeju zainspirowałaś mnie na nowo do ćwiczeń! dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już od dawna nie patrzę na wagę- jedni są naturalnie zbudowani tak, a inni inaczej. Ktoś może ważyć 50kg i wyglądać szczupło, ktoś inny bardzo chudo, a ktoś inny "przy kości". I już nawet nie o kwestię wzrostu się rozchodzi, co budowy ciała, genów, tego jak kto jest zbudowany...
    Często słyszałam o takim paradoksie, że ludzie chcieli schudnąć, chodzili dużo na basen, a okazywało się, że waga poszła w górę- czuli się zdemotywowani, a okazywało się, że po prostu mięśnie są cięższe od tłuszczu... więc lepiej patrzeć jak się wygląda niż patrzeć na wagę, bo to tylko cyfry... częst bolesne, więc tym bardziej, po co na nie patrzeć ;)

    OdpowiedzUsuń