środa, 30 września 2015

Chodźmy na spacer…

 
Lubię jesień. Kiedy ogrzewa kolorem liści i atakuje zmysły różnorodnością zapachów i smaków. 

Zwykle kojarzy mi się z wonią jabłek obieranych do szarlotki i smakiem papryki pod różną postacią, najczęściej leczo. Zapach plakatówek i schnącego papieru to wspomnienie dość odległe, jednak wciąż obecne na myśl o schyłku roku. Uwielbiam podróże autem w słoneczne dni, nieposiadanie prawka i bycie pasażerem to doskonała okazja na cieszenie oka malowniczym krajobrazem pięknej, złotej jesieni. 

W tym roku przeoczyłam kasztany i noski. Moja mama kolekcjonuje z uporem maniaka te pierwsze, wierząc, że są w domu źródłem pozytywnej energii. Mi do pełni szczęścia wystarczają długie, ogrzane zapachowymi świeczkami wieczory w towarzystwie książki, koca i ulubionej herbaty z cynamonem. Zresztą, nie ma chyba nic lepszego niż rozgrzewające elma çayı. 

Kocham czas spadających liści. Nie ma nic przyjemniejszego niż dostać z liścia w wietrzny, słoneczny poranek, kiedy wystawiasz buzię do resztek promieni słonecznych, w obawie, że Twój organizm już niedługo przestanie syntetyzować witaminę D, osłabiając zęby i kości niczym osteoporoza w późnym wieku po menopauzie… 

Nie obchodzę Halloween, ale uwielbiam testować różnego rodzaju potrawy, serwowane u naszych sąsiadów na zachodzie. Pieczone, karmelizowane jabłka czy ciasto dyniowo-marchewkowe? Grzech nie spróbować. Ale nienawidzę jej równie mocno, za to, że dni takie jak ten, kiedy pozwoliłam sobie wyjść z aparatem i porobić zdjęcia to zjawisko tak rzadkie, jak otrzymanie pozytywnej oceny z hybrydyzacji w Liceum…


Nienawidzę jesieni za chłód, brak słońca i deszcz. 

Nienawidzę jesieni za zapowiedź listopadowych i grudniowych wieczorów, słońca zachodzącego przed 16:00 i wszechobecnego stanu depresji. Nienawidzę jesieni za przygnębiający nastrój, zmuszający nas do wilczego poszukiwania endorfin w trylionach i pierdylionach tabliczek czekolady, przez które tyjemy niczym niedźwiedzie polarne zbierające kalorie na nadchodzącą zimę. 

Nienawidzę jesieni za Wszystkich Świętych, jako cierpiąca na tanatofobię (paniczny strach przed śmiercią, a co za tym idzie miejscami przypominającym o niej) histeryczka i zwolenniczka kameralnych spotkań. Co najmniej dwa dni bezsensownej pogoni i sprzątania każdego zakamarka mieszkania na przyjazd ciotek, które widzę raz do roku, właśnie w Święto Zmarłych. 

Nienawidzę jesieni za błoto. Za kałuże. Chmury. I burze. 

Za to, że w Andrzejki z nikim sobie raczej nie powróżę, chyba, że chcesz?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz