wtorek, 14 czerwca 2016

Dlaczego warto obejrzeć "Zanim się pojawiłeś" przed przeczytaniem książki J. Moyes?

 
Zrobiłam coś, na co w przypadku filmów opartych na książce decyduję się wyjątkowo rzadko. Obejrzałam ekranizację bestsellerowej "Me Before You" przed jej przeczytaniem, a dziś - niecałą godzinę po powrocie z kina (kiedy emocje zdecydowanie nie opadły), bez zbędnych spoilerów spróbuję przekonać Cię, dlaczego w przypadku tego filmu  - zdecydowanie warto to zrobić.



Rzadko kiedy decyduję się na tak drastyczny krok.

Zazwyczaj, kiedy jest ku temu okazja (nawet jeśli jest to gorący okres letniej sesji egzaminacyjnej) - staram się znaleźć choć odrobinę czasu na pochłonięcie książki, na podstawie której kręcono film. Stwarza mi to wyborną możliwość usadzenia się w kinowym fotelu i odegrania ulubionej, życiowej roli krytyka. Nie znając historii - nie miałam takiej możliwości. Można więc powiedzieć, że wydałam ostatnie studenckie oszczędności w ciemno. Nie żałuję ani jednego grosza, dzięki...

 

OBSADZIE AKTORSKIEJ

Nie będę ukrywać - poszłam na ten film dla Emilii. I trochę dla Sama. Clarke uwielbiam za Dankę (ten rym nie był celowy), a w Claflinie zadurzyłam się jeszcze za czasów wielkiego BUM'u na Igrzyska Śmierci - i choć zabrzmi to dziwnie, jak na 22-letnią dziewczynę, to jeden z nielicznych mancrushów, jakich w ogóle na swojej crush-liście posiadam. Jeśli chodzi o Emilię, zakochuję się w niej przy każdej nowo-odkrytej produkcji z jej udziałem. Nie mam odwagi napisać, że jest moim womancrushem, po prostu ją uwielbiam. Jest jedną z tych aktorek, którym będę kibicować już do końca życia i jedną z tych posiadaczek przerysowanych brwi, których widok zwyczajnie poprawia mi humor (w przeciwieństwie do Watson i mojego własnego odbicia w lustrze). Kiedy po kilku minutach delektowania się przepięknymi widokami południowo-zachodniej Walii (część filmu kręcona była w hrabstwie Pembrokeshire, a dokładniej w mieście Pembroke), moim oczom ukazały się kolejne znajome twarze (Matthew Lewis, Charles Dance)  - wiedziałam, że wydane na bilet pieniądze, to dobrze wydane pieniądze. Po prostu to wiedziałam.

 

ESTETYCE & SCENOGRAFII FILMU

Wystarczy, że przed obejrzeniem filmu przejrzysz kilka tablic na moim Pintereście, żeby zrozumieć, jak bardzo poczucie estetyki Sary Wan (dekoratorki wnętrz) czy Jill Taylor (projektantki strojów) wpasowały się do mojego własnego gustu. Wykorzystanie rustykalnych rozwiązań architektonicznych przez bohaterów z "wyższej klasy społecznej", przeplatane urokliwymi wnętrzami typowymi dla brytyjskich cottages - to dosłowne spełnienie marzeń dla estetki takiej jak ja. Wisienką na torcie, w całości uzupełnionej przez zapierające dech w piersiach widoki jednego z najpiękniejszych hrabstw południowo-zachodniej Walii są jednak stylizacje głównej bohaterki - Lou Clark. Ale o tym przekonać mogliście się chociażby oglądając trailer.


W przeciwieństwie do 99% recenzji, na które udało mi się natknąć w polskiej sieci (i których na szczęście, przed wybraniem się do kina, nie czytałam) - celowo nie opowiadam fabuły. Możesz iść na ten film, jeśli lubisz wyciskacze łez - pod względem ramy filmowej, nie znajdziesz tu niczego, co mogłoby Cię zaskoczyć. Mało tego, jeśli odnajdujesz się w prawdziwym brytyjskim humorze, uwierz mi na słowo: podczas oglądania tego filmu, uronisz kilkadziesiąt różnych rodzajów łez - wzruszenia, smutku, a także pożądanej przez wielu ludzi - głupawki. Ale żeby w pełni pokochać historię J. Moyes opowiedzianą okiem brytyjskiej reżyserki Thei Sharrok (co jest możliwe), musisz iść na ten film w ciemno. Bez względu na to, ile widziałeś/widziałaś już tego rodzaju ekranizacji, niezbędny jest tu jednak element zaskoczenia, który czeka na Ciebie na samym końcu. Prosty zabieg, który w moim przypadku wywołał szereg niezliczonej ilości refleksji, umożliwiających ocenienie filmowej adaptacji "Me Before You" znacznie wyżej niż zilustrowane jest to obecnie na portalach typu Filmweb czy IMDb za pomocą nic nieznaczących gwiazdek...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz