poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Suicide Skwad

 
Poszłam na ten film tylko i wyłącznie przez poczucie w pewnym sensie obywatelskiego (lub jak kto woli fangirlowego) obowiązku. Na oficjalnej ścieżce Suicide Squad pojawił się utwór zespołu, którego tematyką bombarduję Was od dobrych kilku miesięcy - sorry, taki mamy klimat. Tak, tak, kochani - chodzi o twenty one pilots i ich najnowszą piosenkę - Heathens. Miałam nadzieję na użycie "Pogan" gdzieś w środku ekranizacji, jednakże mocno się pod tym względem zawiodłam...

Utwór puszczony został na samym końcu.

Ale nie o tym chciałam - dzisiejszy wpis miał być recenzją. Swoistym podsumowaniem odczuć, z jakimi wyszłam z kinowej sali po zakończeniu seansu. Nie streszczeniem obfitującym w nadmiar spoilerów, nic z tych rzeczy. Miał być jednym z tych krótkich opisików nowo odkrytej przez Ciebie książki, który - w zależności od umiejętności recenzenta - albo zachęca, albo zniechęca do przeczytania tych kilku słów. Fundamentalnym drogowskazem, dzięki któremu...

Okej, przejdźmy do rzeczy.


Jeśli nie wymagasz od kina wiele, a efekty specjalne tysiąckroć lepsze od tych, które serwowali twórcy w ubiegłym dziesięcioleciu, są w stanie zrekompensować Ci wszystkie niedociągnięcia - możesz śmiało iść na ten film.  Osobiście mam mieszane uczucia. Było sporo wątków, które w swoisty sposób mnie urzekły i sporo takich, które mogłabym zaliczyć do bodźców powodujących chęć opuszczenia sali na długo przed zakończeniem filmu.

Bolesny jest przede wszystkim fakt, że wytwórnia odpowiedzialna za wyprodukowanie szitu życia (czytaj Batman v Superman: Świt sprawiedliwości), w Legionie Samobójców nie pokazała niczego nowego. Z tego mógł wyjść masterpiece (wystarczy spojrzeć na trailer), a było - jak zwykle - przeciętnie, zwyczajnie, bez polotu. Wierzcie, lub nie: za uratowanie całości odpowiedzialni byli przede wszystkim aktorzy i ich ponadprzeciętne umiejętności ożywienia słabo rozpisanych postaci o wielkim potencjale. Przez cały film odnosiłam wrażenie, że jest on słabo zmontowanym wstępem do czegoś większego - do całej serii poświęconej Złoczyńcom.

Z miejsca pokochałam duet Harley i Jokera - co z początku wydawało się niemożliwe, między emanującymi nadludzkimi wręcz magnetyzmem i urokiem Robbie i Leto, chemia była naprawdę widoczna. I choć przeciętnemu widzowi, zauważenie toksycznej relacji pomiędzy nimi mogło sprawiać trudność, związek dwójki wyraźnie oparty na roli mistrza i uczennicy to jedyna rzecz, która doskonale zgadzała się z komiksowym pierwowzorem.

Co do reszty bohaterów. Zasmucające jest to, że byli przewidywalni jak Batman o porankowym świcie. Pozwólcie, że oszczędzę Wam opisywania fabuły - nie chcę psuć całego show. Z oczekiwań na otrzymanie zaskakującego, kontrowersyjnego i mrocznego widowiska, otrzymałam pełne wad dzieło z infantylnymi uproszczeniami i pseudo-śmiesznymi wstawkami, przywołującymi na myśl letnie kino rozrywkowe. A szkoda, bo twórcy bez wątpienia zmarnowali potencjał mogący przeciwstawić się najlepszym produkcjom Marvela, takimi jak chociażby pierwsza część Niesamowitego Spidermana.

Bolał mnie mało spektakularny finał, nieścisłości i dziury logiczne. Po obejrzeniu filmu spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie: po co właściwie powstał Suicide Squad? Ponieważ należę do niepoprawnych optymistów, gdzieś w głębi duszy, ze względu na intrygujące zakończenie ... liczę na sequel. Sequel, który (choć takie przypadki mają miejsce bardzo rzadko) będzie lepszy od części poprzedniej.

Byliście? Oglądaliście? Jak wrażenia?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz