czwartek, 20 lipca 2017

Wpis gościnny: Martyna

Każdy z nas tworzy sobie własną bańkę informacyjną. Nie jest do ani dobre, ani złe - jest to narzędzie do zarządzania napływem informacji jakie zalewają nas na każdym kroku. Jednak musimy być świadomi istnienia tej bańki, bo inaczej stracimy wiarę w ludzkość.




Moja bańka informacyjna zawiera sporą ilość shitstormów. Jeśli chodzi o dyskurs feministyczny zwykle konflikty opierają się na tym, że ktoś wyklucza problemy kobiet koloru, transkobiet, albo kobiet które dotyka skrajna bieda z puli 'prawdziwych problemów nowego feminizmu™' co w mojej opinii jest naiwne i elitarystyczne, ale nie o tym będzie tu mowa. 

Chodzi mi o pewien pułap dyskusji na jaki zwykle zwracam uwagę - interesuje mnie wszystko co inkluzywne i intersekcjonalne, bo chcę się rozwijać, poznawać nowe punkty widzenia, nowe argumenty i generalnie mam beznadziejne poczucie własnej wartości, więc chcę się dowartościować rozwijając swój język i horyzonty w przykładowo tej jednej kwestii. Mam pełno swoich wewnętrznych barier i chcę je przełamywać - a czy nie o to właśnie chodzi w feminizmie? Czasem jednak wyściubiam nosa z mojej bezpiecznej bańki informacyjnej i trafiam na strony prowadzone przez osoby, które dopiero zaczęły swoją przygodę z feminizmem, a czytelnicy dopiero co dali się przekonać, że słowo na 'f' nie jest złe i to tylko dlatego, że mniej niż rok temu chcieli odebrać im większość praw reprodukcyjnych. 

Nie jestem chyba jedyną osobą, która spotkała się z postem w stylu: "Jestem kobietą, ale uważam, że feministkom poprzewracało się w dupach. Kiedyś walczyły o prawo do głosowania i to było ok, teraz zajmują się głupotami." Problem jedynie w tym, że tak jak w momencie diagnozy raka pacjent nie staje się magicznie profesorem nauk medycznych ze specjalizacją w onkologii, tak w momencie identyfikacji z płcią kobiety nie zyskują magicznie wiedzy z socjologii ruchów społecznych, historii feminizmu, filozofii praw człowieka, genetycznych mechanizmów determinacji płci itd. Chciałabym, żeby tak było, świat byłby prostszy, a ja miałabym więcej czasu na czytanie popularnych książek dla młodzieży, zamiast męczenie "Wojen Reprodukcyjnych". (No co, każdy ma swoje guilty pleasure. Moim jest John Green. Zółwie aż do końca - jestem gotowa!) Niestety świat nie daje nam instrukcji obsługi do ludzkości. 

Pytanie jakie sobie zadaję brzmi więc: Skoro miałam przywileje takie jak czas, środki i metody do poznania teorii feministycznych na pewnym poziomie, jak mogę wykorzystać tą nabytą wiedzę, by przekonać osoby, które wysuwają takie argumenty do zgłębienia tematu. Niezależnie od wniosków jakie wyciągną. Jak przekonać kogoś (kto z naukowego punktu widzenia utknął w miejscu przez efekt Krugera - Dunninga) do tego, że temat wcale nie jest prosty i oczywisty? 

Czasem zdaje mi się, że żyjemy w ciekawych czasach, bo nasza wiedza jest na tyle duża, że zaczynamy rozbijać na części pierwsze pozornie trywialne problemy i dostrzegać ich zawiłość. Zupełnie, jak Antonie van Leeuwenhoek patrząc przez prymitywny, pierwszy mikroskop odkrył zupełnie nową dziedzinę biologii, tak my zmierzamy do źródeł problemów społecznych, odkrywając nowe dziedziny humanizmu. SERIO CZY TO NIE JEST PRZEŁOMOWE, CIEKAWE, FASCYNUJĄCE I ZAJEBISTE? Pozwólmy sobie na ekscytację, cholera, pozwólmy sobie nawet na lekką obsesję i odkryjemy tyle ciekawych zagadnień, faktów, zupełnie nowy świat, który skrywał się przed naszymi oczami przez lata! Świat, którym od zawsze chciałam się dzielić jest jednak czasem zbyt blisko i trudno zauważyć go na co dzień. Zupełnie jak powietrze. Po co roztrząsać jego skład, póki nie mamy problemów z oddychaniem? Jak pokazać taki świat komuś, kto nie czuje tej więzi? 

Przez kilkanaście miesięcy miałam okazję pracować w punkcie konsultacyjno-diagnostycznym, czyli miejscu w którym można wykonać darmowy i anonimowy test na HIV, jak również uzyskać informacje na temat ryzyka zakażenia innymi infekcjami przenoszonymi drogą płciową. Duma z pracy jaką wykonywali wszyscy członkowie stowarzyszenia sprawiała, że przez myśl mi nie przyszło by ukrywać to, czym się zajmuję. Niedługo po tym wszyscy znajomi wiedzieli do kogo zadzwonić jak pęknie gumka. Prawa reprodukcyjne były częścią mojej codziennej pracy, wszelkie zmiany legislacyjne wpływały na pisane przeze mnie projekty. Feminizm nie był oddaloną od życia filozofią ludzi, którzy nie mają innych zajęć. Był moją codziennością, miał wpływ na to, czy nasi klienci będą mieć dostęp do bezpłatnych badań, czy mogę zaoferować im darmowe prezerwatywy, czy jakim tonem przeprowadzić rozmowę. Czy ich seksualność była wstydliwa, czy naturalna. Czy diagnoza przywoływała zażenowanie i łzy, czy też była problemem medycznym, który jest trudny, ale nie jest wyrokiem. To był mój przywilej. Spotykanie się z ludźmi, których to dotyczyło sprawiało, że dotyczyło to i mnie. A im bardziej się w to zagłębiałam, tym bardziej pragnęłam zdobywać wiedzę na ten temat. Pewnie teraz liczycie na to, że rzucę kilkoma sprytnymi metodami na zaciągnięcie znajomych na feministyczną stronę mocy, podsumuję krótką anegdotką o skuteczności jednej z metod i poproszę o lajki pod postem. Tylko, że ja nic nie mam. 

Przyszłam tu prosić o waszą pomoc, wasze rady i wasze doświadczenia. Wiem, że długa, szczera rozmowa, pozbawiona oceny czasem działa, ale dialog wymaga równego zaangażowania z obu stron. Czasem możemy sobie na to pozwolić, częściej jednak stoimy tylko przed lustrem i prowadzimy nieudolną potyczkę z własnymi uprzedzeniami. Jednak widząc jak ludziom odbierane są prawa ze względu na płeć, jak politycy bagatelizują problemy, które dotyczą naszych bliskich, jak wszystkie systemy prawne i religijne depczą ludzką godność nie mam już siły patrzeć w to lustro i ćwiczyć elokwentnych przemów. Ja chcę je rozbić. Harls

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz