poniedziałek, 2 października 2017

SLOW.FASHION Warszawa (1.10.2017)


W kwestii ubrań jestem raczej wymagająca. Nie jest to tylko coś w czym chodzę, ale przede wszystkim część mnie, dlatego też mam do tego nieco emocjonalny stosunek. Chociaż po dłuższym namyśle wydaje mi się to całkowicie uzasadnione, ponieważ właśnie ubrania wyrażają nas samych. Dlaczego więc często wybrzydzam podczas swoich przechadzek po centrach handlowych?




A to rozmiar nie ten, bezsensowne nadruki, które w większości sklepów są… identyczne! Zauważyliście? To tak jakby to, co nosimy zupełnie nie posiadało „duszy”, a było tylko jednym z wielu tworów masowej produkcji. Kolejna sprawa - jakość. Bardzo ciężko jest wyszukać coś, co nie będzie zmechacone już po pierwszym praniu albo… od noszenia torebki! Wiele razy spotkałam się z sytuacją, że na mojej sieciówkowej bluzce pojawiały się tzw. kuleczki, które były efektem ubocznym tarcia pomiędzy torbą o ubraniem. No jasne, można temu zaradzić, ale dlaczego mam być niezadowolona i wiecznie się z tym męczyć?

Kiedy odkryłam slow fashion, towarzyszyły mi ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cudownie, wreszcie coś wykonanego z porządnych materiałów, ale… zwykle takie ubrania są nieziemsko drogie. Bo to właśnie jest myśl, która chcąc nie chcąc chodzi większości po głowie, kiedy myślą o fair trade. No cóż - nie do końca mija się to z prawdą, ponieważ rzeczywiście za jakościowo lepsze rzeczy płaci się więcej, ALE czy kiedykolwiek zadaliśmy sobie pytanie o ile więcej? O ile więcej od tego, co większość społeczeństwa kupuje w sieciówkach? Niekoniecznie, prawda?

Kiedy wybierałam się na targi Slow Fashion, przyznam szczerze, nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie chciałam sobie układać fikcyjnego scenariusza, więc doszłam do wniosku, że po prostu chcę chłonąć wszystko to, co zobaczę.

Przed wejściem na Stadion powitał mnie drewniany napis „Jestem slow”. Automatycznie się uśmiechnęłam, ponieważ można się poczuć… częścią slow fashion! (Ja) jestem slow! Czyli każdy kto wszedł, prawdopodobnie wspiera slow fashion i w ten sposób staje się jego częścią.


Kiedy weszłam na halę, w której odbywały się targi, to dosłownie nie wiedziałam gdzie spojrzeć. Moim oczom ukazały się wielobarwne stoiska, które aż uginały się od przepięknych, ręcznie robionych rzeczy.


  

    

  

  


  

 



  
 

 

 

 














 
Slow Fashion jest podzielone na wiele sekcji. Właściwie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Casual, trochę elegancji, coś dla wygody - targi dosłownie były przygotowane na najbardziej wymagającego klienta. Ja osobiście zatrzymywałam się na stoiskach, przy których były kolorowe bluzy, t-shirty, skarpetki… no i plecaki! Ogromnym plusem był fakt, że można było porozmawiać z projektantami. Jakie to cudowne uczucie móc nosić coś, czego historię znam od podszewki, mogę dopytać się o szczegóły takie jak okoliczności tworzenia, skąd pomysł na daną rzecz. Nie ukrywam, że są to niezapomniane konwersacje, które mają dla mnie ogromną wartość. To niby kilka minut, ale wystarczy, żeby upewnić się, że to, co będę nosić było wykonywane z pasją. Może kojarzycie jedną z zasad Slow Fashion „Nie kupuj więcej ubrań. Kupuj lepsze ubrania.”? To zdecydowanie dało się odczuć, kiedy przymierzałam niektóre części garderoby. Materiały były niezwykle przyjemne w dotyku, a ich skład mógł zapewnić mnie o długotrwałym użytkowaniu. W zasadzie, jeśli kupuję coś, co mi się podoba, to chcę, aby służyło mi jak najdłużej.

Warto podkreślić, że  Targi Slow Fashion to nie tylko ubrania i buty. To również naturalne kosmetyki, biżuteria, produkty spożywcze, perfumy, a nawet zabawki dla dzieci! Różnorodności było tak wiele, że aż trudno mi wymienić wszystko i niczego nie pominąć.

Najważniejsza kwestia - koszty! Czego się spodziewałam? No nie będę ukrywała, dość wysokich cen. Niepewnie podeszłam do stoiska z kosmetykami naturalnymi. Wyglądały bajecznie, pachniały oszałamiająco, ale słysząc „nasze kosmetyki są w przystępnie niskich cenach” sceptycznie uniosłam brwi. Rozumiem, że każdy inaczej pojmuje „przystępnie niskie ceny”, a już zdecydowanie w kwestii kosmetyków naturalnych, które raczej słyną z tego, że do najtańszych nie należą. Uprzejmie zapytałam o cenę, bo o dziwo nigdzie na stoisku jej nie dostrzegłam. Szczęka mi opadła, gdy usłyszałam, że naturalna odżywka do włosów z rozmarynu kosztuje… około 8 złotych! Dacie wiarę? Ile razy w drogeriach płacimy o wiele więcej i nie są to przecież naturalne kosmetyki! Nie kryłam zdziwienia, a sprzedawczyni powiedziała, że celowo ceny nie są pokazywane, ponieważ ludzie często bardzo nieufnie podchodzą do stosunkowo niskich cen. A może właśnie, gdyby zobaczyli cenę, to śmiało by podeszli? Przecież tak to działa w fast fashion.

Im dłużej się przechadzałam pomiędzy stoiskami, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że ceny są zbliżone do tych sieciówkowych.  Czasami więc warto zapłacić nieco więcej i mieć świadomość, że kupiło się coś wartego swej ceny. Albo po prostu wiemy, kogo wspieramy, bo mieliśmy możliwość zamienienia kilku słów z projektantem.

To wspaniałe, że Slow Fashion powoli rozprzestrzenia się na polskim rynku. Oby tak dalej!

Marta wykonała dla Was zdjęcia wizytówek najciekawszych według Niej sprzedawców, którzy prezentowali swoje produkty podczas targów:

A oto jej zakupowe łowy:



 
Mnie samej fotografie i relacje przypadły do gustu w tak ogromnym stopniu, że wybieram się na targi we Wrocławiu, które odbędą się 14&15 października we Wrocławskiej Hali Stulecia! W galerii zdjęć, do której odnośnik poniżej, znajdziecie 66 fotografii z wczoraj. Miłego oglądania!

PS. Korzystając z okazji... Olga Frycz wrzuciła na swoje ig stories filmik przedstawiający te prześliczne naszyjniki. Ktoś z Was wie co to za marka? Byli na Slow Fashion, ale ani ja, ani Marta nie zarejestrowałyśmy nazwy ;o Pomocy!


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz