piątek, 13 kwietnia 2018

{ s h i f t } Clean Beauty

Mimo, że piszę tego bloga już od sześciu lat, tak naprawdę o pełnej i świadomej pielęgnacji możemy mówić od stycznia. Do czasu, aż podjęłam decyzję o shifcie (przejściu ze stosowania przypadkowych kosmetyków do inwestowanie w te, których skład znam w 100%), błądziłam po omacku. Często dopiero po recenzji danego kosmetyku i dogłębnej analizie publikowanej przy każdym tego typu wpisie, orientowałam się, że kosmetyk, który kładłam na swoje włosy, ciało, czy twarz, tak naprawdę wcale nie miał "dobrych" składników. Byłam najprościej ujmując królikiem doświadczalnym na własne życzenie.

W dzisiejszym wpisie chciałabym podzielić się z Wami aplikacją, która znacznie ułatwia mi poszukiwanie "pożądanych" kosmetyków. 





Sporo osób utożsamia naturalną pielęgnację z pielęgnacją drogą, luksusową. I chociaż istnieją linie kosmetyków naturalnych, których cena przyprawia o zawrót głowy (sama posiadam je w swojej kolekcji), znalezienie produktów tanich i przystępnych na każdą kieszeń nie jest wcale trudne. 

Skąd decyzja o shifcie, czyli dlaczego idę w naturę?

Jeśli jesteście stałymi czytelnikami i czytelniczkami tego bloga, wiecie, że od wielu, wielu lat, borykałam się z zaawansowaną formą trądziku. Obecnie jestem na etapie zmniejszania dawki izotretynoiny, którą przyjmowałam przez prawie rok. Miesiące intensywnej terapii oraz jej koszty sprawiły, że postanowiłam raz na zawsze skończyć z eksperymentowaniem na swojej skórze i zacząć w końcu podejmować świadome wybory w jej pielęgnacji. Udało się dlatego, że dzięki intensywnej pracy osób zajmujących się promowaniem zielonego piękna, mam wybór. Shift działa na dokładnie tej samej zasadzie, co wybór jedzenia  - truskawkowe smoothie możesz zrobić samodzielnie w domu lub kupić wysoce przetworzony koktajl z ogromną ilością konserwantów. Poznawanie szczegółów i eliminacja szkodliwych rzeczy z życia to najbystrzejsza rzecz, jaką możecie zrobić w obecnym świecie przesyconym nadmierną ilością syntetyków.

Jak dokonać zmian?

Są dwa rodzaje ludzi. Jedni wyrzucają "szkodliwe" kosmetyki za jednym zamachem i z szaleństwem w oczach inwestują w najdroższe naturalne zamienniki. Tego typu drastyczne kroki niosą za sobą obciążenie finansowe, ale jeśli należysz do tej grupy i kieruje Tobą wyjątkowa determinacja w pozbyciu się "drogeryjnych bubli", droga wolna. Jak wygląda to u mnie?

Nie wyrzucam "szkodliwych" kosmetyków. Raczej staram się znaleźć dla nich "nowe życie". Oto krótka lista alternatywnego zużycia niechcianych produktów:

BALSAMY DO CIAŁA / KREMY / ŻELE POD PRYSZNIC

Kiedy przychodzi czas na podjęcie decyzji o shifcie, większość z nas skupia całą swoją uwagę na kosmetykach do twarzy - w końcu twarz to najbardziej reprezentatywna część naszego ciała, pomyślicie. Problem polega na tym, że kompletnie zapominamy o produktach, które lądują na znacznie większej powierzchni, a mianowicie na naszym ciele. Bez paniki, nie musicie kupować nie wiadomo jak drogiego balsamu (zwłaszcza, że na naszym rynku większość propozycji niestety zawiera "szkodliwe" składniki). Wystarczy zaopatrzyć się w olej kokosowy, który świetnie zastąpi masła do ciała czy masło shea - cudownie sprawdzi się jako nowa pianka do golenia. A skoro mowa o goleniu, w związku z tym, że produkty zarówno do golenia, jak i mycia ciała pozostają na nim stosunkowo krótko, możesz śmiało zużyć niechciany balsam/żel pod prysznic jako "chwilową piankę do golenia".


 
Naturalne zakupy.

Czasy, w których eksperci w dziedzinie naturalnej pielęgnacji byli stosunkowo ciężcy do znalezienia, odeszły w niepamięć. W sieci dostępny jest szereg sklepów online, oferujących produkty "green". Niestety, mieszkanie w Polsce i zamawianie produktów za granicą, wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów, a nie każdego stać za płacenie za przesyłkę niemalże tyle, ile kosztuje sam produkt  (a nawet więcej!). Na szczęście są też strony, które od pewnego pułapu gotówki, umożliwiają darmową przesyłkę. I chociaż znam osoby przeciwne inwestowaniu nieco wyższej ilości gotówki w "naturalne" kosmetyki, osobiście skłaniam się ku zasadzie "mniej znaczy więcej". Co przez to rozumiem? 

Kupując jeden, droższy kosmetyk, inwestuję nie tylko w swoją twarz, ale i firmę, która go stworzyła oraz w ideologię, jaka za nią stoi. Podobnie jest z jedzeniem. Kupując kurczaka z wolnego wybiegu, mogę zużyć nie tylko mięso, ale i kości, na których ugotuje zupę - płacąc za niego, płacę nie tylko za mięso (które, w przypadku mięsa masowo sprzedawanego w hipermarketach jest znacznie tańsze), ale i za pracę rolnika, jego poświęcenie w chowaniu drobiu oraz warunki, jakie mu zapewnił.

Zdecydowana większość kosmetyków naturalnych ma składniki o znacznie większej aktywności, które zostały poddane obróbce bez wody, a co za tym idzie o zdecydowanie bardziej skoncentrowanej formule. Dzięki temu wystarczy odrobina w aplikacji - w przeciwieństwie do kosmetyków drogeryjnych, w przypadku których niejednokrotnie musimy stanąć na głowie, żeby zaczęły się odpowiednio pienić / rozprowadzać. Na temat wydajności kosmetyków naturalnych napiszę jeszcze oddzielny post, bo szczerze powiedziawszy jest to... temat rzeka.

 
Do pewnego czasu byłam przekonana, że konsultantki w drogeriach znają się na rzeczy. Niestety, o ile drogeria, do której się wybierasz, nie jest jakimś maleńkim, niszowym sklepikiem prowadzonym przez miłośników naturalnej pielęgnacji, w ogromnej ilości przypadków polecam liczyć tylko na siebie

Osoby odpowiedzialne za sprzedaż kosmetyków produkowanych na skalę masową mają jeden prosty cel: sprzedać kosmetyk (bez względu na to, jakie ewentualne szkody wyrządzi on twojemu zdrowiu ;)). To dość zabawne, bo odkąd sukcesywnie odmawiam pomocy w poszukiwaniu kosmetyków, sprzedawczynie w drogeriach bywają dla mnie... niemiłe. Chodzę tam tylko z przymusu, przed zakupem ewentualnego produktu, sprawdzam jego skład w Internecie, a przy kasie sukcesywnie odmawiam jakimkolwiek promocjom z "genialnymi" kosmetykami w ofercie. Chyba nie jestem ich ulubioną klientką.

Moim małym pomocnikiem w robieniu świadomych zakupów jest darmowa aplikacja Clean Beauty, która umożliwia "przeskanowanie" całego składu danych kosmetyków od A do Z. 

Wystarczy wykonać wyraźne zdjęcie składu, kliknąć w przycisk "analyze", poczekać kilka sekund i gotowe! Aplikacja wychwyci każdy potencjalny alergen / kontrowersyjny składnik. Ponadto, każdy z wykrytych składników ma dokładny opis. 

Jeśli jesteś biegły/-a w angielskim, masz przed sobą dosłowną encyklopedię wiedzy.


 
"Nasz krem nawilżający X posiada w składzie Y składników naturalnych"

Aplikacja Clean Beauty doskonale sprawdzi się w poszukiwaniu tańszych perełek, dostępnych na naszym rynku. Warto skanować kosmetyki, które na pierwszy rzut oka dosłownie krzyczą z etykiety o byciu "wege", "eko" i "natural". W związku z rosnącym trendem na naturalną pielęgnację, wiele masowych koncernów kosmetycznych (z dużym sukcesem) próbuje chwytu "maksymalizacji" przekazu na temat "naturalności" produktu do "minimalizacji" faktycznej ilości naturalnych składników w jego formule

I chociaż regulacje prawne nie robią nic w powstrzymywaniu wprowadzania klientów w błąd, nie możemy zapominać o samodzielnym myśleniu





Znacie apkę? A może posiadacie jakieś inne sprawdzone sposoby na analizę składów?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz