niedziela, 1 lipca 2018

Naomi Alderman: The Power

Dzisiaj o książce, którą (nie bójmy się tego słowa) męczyłam dobre kilka tygodni. Właściwie to nie wiem dlaczego - czy dlatego, że była słaba i nie mogłam jej skończyć, czy dlatego, że postanowiłam podwyższyć sobie czytelniczą poprzeczkę i czytać (uwaga) trzy książki jednocześnie

Bo przecież: CZEMU NIE? Każda książka na inną porę dnia i każda czytana ledwo po kilka rozdziałów dziennie (zamiast wziąć i rozwalić jedną po drugiej, jak robią to zapewne mistrzowie bookstagramów). No cóż, niektórzy - tak jak ja - najwidoczniej lubią być moloksiążkowymi masochistami.


Kupiłam rzecz jasna wersję w oryginale, po angielsku, żeby z każdym czytanym zdaniem zwiększać kompetencje językowe i otwierać umysł na zupełnie nowy, ledwie znany przeze mnie świat literacki. Szło mi jak krew z nosa, ale winę zwalałam na "zbitość" tekstu i "mnogość" słów, których o dziwo nie rozumiałam. Dotychczasowe niezłe rozumienie zarysu z kontekstu też wychodziło mi słabo, więc czytałam raczej w tempie neandertalczyka (tak wiem, wszyscy wiemy, że neandertalczycy nie umieli czytać). 

Nie mogłam pozwolić sobie na przyjemność zakupienia audiobooka (poszłoby szybciej i mniej boleśnie), ponieważ z jakiś przyczyn wydawca zabronił sprzedaży wersji do odsłuchu w naszym kraju. Nie po raz pierwszy zresztą. Gdybym miała wymienić listę książek, które u nas są niedostępne, wyszłaby z niej kolejna książka. 





Wróćmy jednak do najważniejszego, a mianowicie SIŁY, gdyż tak w tłumaczeniu na język polski brzmi tytuł recenzowanej przeze mnie książki. Dlaczego postanowiłam przeczytać ją dwukrotnie, zarówno w języku angielskim jak i polskim? No żeby w pełni wypowiedzieć się na jej temat, nie pominąwszy niczego (jak to zwykle u mnie bywa w przypadku recenzowania literatury angielskiej). 

Podczas czytania "The Power" towarzyszyło mi to egocentryczne uczucie, które odczuwam za każdym razem, kiedy biorę w ręce pozycję niedostępną na rynku polskim. Czułam, że wysiłek włożony w naukę języka obcego nie poszedł na marne, a dzięki latom pracy, wyrzeczeń i przelanym łzom na kartkówkach, które oblałam, wreszcie mogę obcować z czymś, z czym nie może obcować pewna część ludzi. Czułam p o w o ł a n i e. Czułam, że muszę przeczytać tę książkę, a potem opowiedzieć o niej swoim czytelnikom, żeby ODMIENIĆ ICH ŻYCIE. Chociaż minimalnie. Z uporem maniaka zakreślałam ważniejsze fragmenty, żeby je potem p r z e t ł u m a c z y ć i ze smutkiem myślałam o wszystkich tych, którzy nie będą mieli okazji jej przeczytać. Co zabawne, po zdaniu sobie sprawy z tego, że premiera polskiego przekładu jakoś przemknęła mi koło nosa, byłam wściekła! Byłam jeszcze bardziej wściekła ujrzawszy mini-recenzje jakiś nieznanych mi blogerów. Ale jak to? Ktoś miał czelność przeczytać tę książkę PO POLSKU przede mną? Przed zbawicielką narodów i oświecającą tkwiących w cieniu? Postanowiłam więc zainwestować w polską wersję, żeby poprawić sobie humor słabym przekładem, który koniec końców okazał się świetny. 

Polska wersja utwierdziła mnie w przekonaniu, jakie zarysowałam wobec tej książki podczas pierwszego czytania po angielsku. Kolejne tanie sci-fi-fantazy z pseudo-głębokim przesłaniem, czyli przepis na sukces książkowy na zachodzie. Tak to mniej więcej działa. Przetrawić - mimo naprawdę, ale to naprawdę otwartego umysłu na wszelkiego rodzaju niuanse i nowości - było to trudno. Tego typu literaturę trzeba po prostu lubić. 


Epilogiem i prologiem "Siły" jest wymiana korespondencji pomiędzy dwoma pisarzami - Neilem i Naomi, natomiast całe wnętrze książki stanowi niejako zarys powieści napisanej przez Neila - oboje żyją w świecie matriarchalnym, w którym to - niczym w lustrzanym odbiciu - to kobiety mają fizyczną przewagę nad mężczyznami. Alderman ukazuje ciekawą perspektywę zamiany ról, zaznaczając jednocześnie, że w naturze każdego człowieka kryje się tyle samo zła, co dobra, bez względu na to, jakiej jest płci. Wiele fragmentów ukrytych pomiędzy wersami jest tak płynnych, że bez problemu - z drobną korektą - można by je odnieść do problemów obecnych w naszej, nieprzewróconej do góry nogami rzeczywistości.

Czy naprawdę chłopaki to lubią? Chcą tego? W internecie można znaleźć fora, na których ludzie piszą, że tak. 
[O przemocy]. Równie dobrze może brzmieć jako:
Czy naprawdę dziewczyny to lubią? Chcą tego? W internecie można znaleźć fora, na których ludzie piszą, że tak. 

Podczas czytania dzieła Alderman, przyszła mi również do głowy myśl, aby spojrzeć na tytułową siłę w sposób metaforyczny. To, w jaki sposób część świata reaguje na współczesny przewrót kulturowy związany z feminizmem, można by porównać do siły, którą odkryły w sobie bohaterki książki.

Młodsze dziewczyny przekazują moc dorosłym kobietom. To jest działanie diabła, jego podarek przekazywany z rąk do rąk, jak Ewa przekazała jabłko Adamowi. Może dobrze zrobiła. Może świat tego właśnie potrzebował. Małego potrząśnięcia. Czegoś nowego. 
Kobiecie posiadającej zwój* wszystko wydaje się walką. 

*Zwój jest opisywany jako organ umożliwiający stworzenie ogromnych wyładowań elektrycznych, będących tytułową siłą. I podobnie jak w przypadku siły, posiadanie pewnej świadomości na temat tego, co dzieje się na świecie, generuje uczucie wiecznej walki. Kobiety wciąż walczą o swoje prawa, o to, aby nie były traktowane jako jednostki gorsze bądź odmienne. I przez to wielu mężczyzn widzi w nich zagrożenie. 

Moje ulubione fragmenty pojawiły się głównie w epilogu, w którym to książkowa Naomi opisuje zniekształconą rzeczywistość w sposób tak oczywisty, że momentami aż dołujący. Spróbujcie pomyśleć o cytowanych przeze mnie fragmentach w kontekście do rzeczywistości dotyczącej kobiet:
(...) Niewłaściwa atrybucja dzieł, anonimowe utwory automatycznie przypisywane kobietom, zawsze pomijani mężczyźni, którzy pomagali żonom, siostrom albo matkom (...)
Obawiam się, że oddział mężczyzn ubranych w wojskowe albo policyjne mundury naprawdę u wielu ludzi wywoła jednoznaczne seksualne skojarzenia!
Instynktownie czuję, że świat rządzony przez mężczyzn byłby łagodniejszy, spokojniejszy, byłoby w nim więcej miłości i troskliwości. Wziąłeś pod uwagę perspektywę psychologii ewolucyjnej? W toku ewolucji mężczyźni rozwinęli się jako wydajni pracownicy, dbający o utrzymanie domowego ogniska, a kobiety stały się agresywne i skłonne do przemocy, bo przecież muszą chronić potomstwo. Nieliczne kultury patriarchalne, które istniały w ludzkiej historii, były bardzo pokojowe. 
Co podobało mi się w "Sile" najbardziej to umiejętność ukazania tego, że przekonania co do rzekomej wyższości jednej struktury nad drugą są zgubne. Żadne społeczeństwo, w którym kartą przetargową jest moc, przemoc, czy siła, nie jest społeczeństwem, które byłoby w stanie generować dobro. Pogląd, że jedna płeć jest w czymś lepsza od drugiej, jest tak samo niebezpieczny jak wszelkiego rodzaju medialne okrzyki o tym, że przyszłość jest kobietą, etc. 

Obawiam się, że to tyle, jeżeli chodzi o plusy książki. Może zacznę od krytyki stylu. Sposób, w jaki została napisana "Siła", zakrawa o grafomanię - postacie wykreowane przez autorkę są tak boleśnie bezbarwne, nie posiadają krzty cech charakteru, które mogłyby je uformować. Autorka zdecydowała się na zastąpienie klasycznych rozdziałów na rzecz mieszania narracji dotyczącej wątków poszczególnych postaci. Podobny zabieg znajdziecie chociażby w Grze o Tron. Tutaj - kompletnie nie rozumiem jego zastosowania - może miało być "awangardowo", trudno powiedzieć. 


Z racji słabej jakości tekstu, kompletnie nie rozumiem zachwytów nad tą pozycją. Pomysł o bogatym potencjale został zrealizowany w kontekście jednego, jedynego płaskiego aspektu. Ale może w przypadku dzieła Alderman było podobnie jak ze wszystkimi celebrytami, którzy przypadkowo weszli w obieg i których popularności za Chiny nie potrafię zrozumieć? W końcu...

One Man's Trash Is Another Man's Treasure

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz