piątek, 17 sierpnia 2018

Piknik nad wiszącą skałą (1975)



Część z Was zauważyła pewnie, że ostatnimi czasy oglądam / recenzuję sporo filmów. I rzeczywiście chyba tak jest. Postanowiłam wykorzystać ostatnie chwile wolnego czasu na nadrabianie zaległości filmowych i obejrzenie wszystkich zaplanowanych w folderze movies • to watch na Pintereście pozycji. Jednym z filmów, które już dawno widniały na mojej liście, był właśnie „Piknik nad wiszącą skałą” (1975) w reżyserii Petera Weira. Kiedy moim oczom ukazała się reklama serialu inspirowanego tym filmem i wyprodukowanego przez Canal+, uznałam, że nie ma na co czekać. Musiałam obejrzeć ekranizację z 1975 przed zapoznaniem się z produkcją tego roku.



„Piknik nad wiszącą skałą”, powstały na podstawie powieści Joan Lindsay o tym samym tytule, uznawany jest za największe dzieło australijskiego reżysera znanego z filmów takich jak „Truman Show”, „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” czy „Wybrzeże moskitów”. To właśnie ekranizacja opowiadająca historię uczennic szkoły średniej, przyniosła Weirowi międzynarodową sławę. Nie bez powodu zresztą. To jeden z nielicznych filmów spośród wielu, jakie miałam okazję oglądać, którego magię zdaje się odczuwać na własnej skórze.



Potrzeba niezwykłych umiejętności, aby z powodzeniem wprowadzić widza w świat, na który składa się widoczny i niemalże namacalny dualizm. Mamy tu dwa światy: świat porządku i świat chaosu, malowane poetycką narracją, muzyką, odgłosami dzikiej przyrody i ujęciami w cudowny sposób zdobionymi światłem.



Tajemnicza aura skłaniająca widza do zadawania pytań bez jednoznacznej odpowiedzi sprawia, że z interpretacją rzeczywistości musimy zmierzyć się  na własną rękę. Ja sama w pewnym momencie filmu odniosłam wrażenie, że jestem nieodłącznym uczestnikiem wydarzeń, bez możliwości ucieczki od sił natury dominującej nad egzystencją człowieka. Tego rodzaju uczucia można porównać do obcowania z najbardziej wyrafinowaną sztuką. Wielu widzów zresztą porównuje film Weira do ruchomego obrazu, stworzonego przez szalonego malarza. Czy szalonego - nie wiem. Reżyser nie żongluje tu wizją artystyczną. Z żelazną konsekwencją ukazuje nam kolejne elementy układanki, które z minuty na minutę otwierają nowe perspektywy. W miarę rozwoju fabuły, wszystkie wnioski, które można było wyciągnąć, przestają mieć znaczenie...



Zwolnione tempo w punktach kulminacyjnych sprawia, że nie sposób pominąć jakiegokolwiek istotnego szczegółu. W dobie dzisiejszego kina, gdzie stawia się na siłę efektów specjalnych i przyspieszanie biegu wydarzeń, zetknięcie się z tego typu filmem to  doświadczenie unikatowe i niepowtarzalne. Jeśli oprócz wyjątkowych ekranizacji w swym gatunku (bez wątpienia mamy tu do czynienia z dramatem), lubicie estetycznie ładne ujęcia - dajcie mu szansę. Najwyżej stracicie 2 godziny cennego życia ;)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz