poniedziałek, 12 listopada 2018

Kilka słów o Banfi HAJSZESZ


Wcierka osławiona. Wokół niej mnóstwo legend, blogerki potwierdzające skuteczność. W tym wszystkim ja: poszukująca ratunku na osłabione izotretynoiną włosy, gotowa porzucić urodowe #ideały dotyczące czytania składów i przestrzegania reguł na rzecz banfi-efektów. Jak Banfi sprawdziła się na moich herach? I przede wszystkim, czy kupię ją ponownie?



O Banfi, słynnej wcierce z Węgier, słyszałam mnóstwo pozytywnych opinii dość dawno, ale jak dotąd nie miałam okazji by ją testować. Zawsze to, przy okazji pobytu w aptece, w moje ręce trafiał Jantar, albo inna alkoholowa wcierka, której skuteczności nigdy nie testowałam przez odpowiednio dłuższy okres czasu, taki, który pozwoliłby mi wyrobić pewną opinię na ich temat.

Tę chrzanowo-gorczycową wcierkę zaczęłam stosować już w pierwszej połowie sierpnia, kiedy to moje cebulki włosowe były w naprawdę kiepskim stanie. Traciłam włosy w zaskakująco szybkim tempie i nie mogłam znaleźć przyczyny. Zastanawiałam się wówczas, czy agresywny skład wcierki mógł wpłynąć negatywnie na włosy, ale nie chciałam stawiać osądów, przed całkowitym wyeliminowaniem problemu. Dlatego też odstawiałam produkt i wracałam do niego ponownie kilka razy. 

Wbrew zapewnieniom kilku blogerek, Banfi nie zatrzymała wypadania moich włosów w najtrudniejszym okresie. (Przy nieodpowiednim stosowaniu) kosmetyk ma tendencję do przetłuszczania/obciążania włosów tuż przy nasadzie, dlatego niecierpliwym użytkownikom może on sprawiać trochę problemów. Nie wiem do końca, co jest tego przyczyną: czy skoncentrowany wyciąg roślinny, czy może inna substancja, ale no worries - rozszyfrujemy tę zagadkę już za chwilę podczas analizy składu. 

Zalecany sposób użycia wygląda następująco: Przynajmniej raz w tygodniu aplikujemy produkt na czystą, umytą skórę głowy. Następnie należy wykonać masaż skóry głowy i po 20-40 minutach umyć głowę szamponem i ponownie spłukać.



Z racji tego, że jestem skłonna do eksperymentów, już za pierwszym użyciem postanowiłam iść na całość i wcierki nie spłukiwać. Było to dość ryzykowne, ponieważ już na pierwszym miejscu w składzie mamy alkohol, co mogło skutkować przesuszeniem skóry głowy, a co za tym idzie, zwiększonym wypadaniem włosów. Aplikowałam niewielką ilość wcierki na skórę głowy tuż po umyciu, a następnie powtarzałam zabieg kilka razy w tygodniu, czasami codziennie. Chciałam, aby produkt miał dłuższy czas działania, dlatego zostawiałam ją na skórze do kolejnego mycia.

Estetyka opakowania: Bardzo, ale to bardzo charakterystyczna plastikowa butelka, przywołująca na myśl retro kosmetyki rodem z lat 20! Moje uczucia co do opakowania są mieszane, ponieważ  na początku musiałam trochę kombinować z przelewaniem kosmetyku do starego aplikatora farb do włosów. Koniec końców okazałam się jeszcze bardziej cwana i zastosowałam trik, o którym napiszę jeszcze nie raz na łamach HR ;).



Zapach: Dziwny... Znowu, idealnym określeniem byłoby charakterystyczny, bo tego zapachu naprawdę nie sposób jakkolwiek nazwać! Ja tu wyczuwam coś... kremowego (?) z nutą alkoholu. Coś jak stare, babcie perfumy, które zbyt długo leżały w szafce ;D. No nie mój zapach, ale da się przeżyć. Czego nie robi się dla #pięknych włosów.

Działanie: I tak jak pisałam wyżej. Mam wrażenie, że jedno opakowanie to za mało, żeby ocenić właściwości tej wcierki. Jedno wiem na pewno, alkohol oraz wyciągi ziołowe w połączeniu z masażem skóry głowy, dają znać, że #coś się dzieje. Krążenie skóry głowy jest pobudzone, a to jedna z podstawowych ról ziołowo-alkoholowych wcierek. 

Analiza składu: alcohol - działa jako rozpuszczalnik, może wysuszać/podrażniać skórę głowy, aqua - woda, cochlearia armoracia root extract - ekstrakt z korzenia chrzanu; przeciwdziała wypadaniu włosów, dzięki pobudzeniu krążenia krwi w skórze głowy oraz wykazuje działanie przeciwbakteryjne, brassica alba seed extact - ekstrakt z nasion białej gorczycy, pobudza krążenie krwi przez co stosowana na skórę głowy wzmacnia cebulki włosowe i stymuluje wzrost nowych włosów; poprawiając ukrwienie skóry głowy może pobudzić włosy szybszego do wzrostu; działa przeciwłupieżowo i zmniejsza przetłuszczanie się włosów, juniperus communis fruit extract -  ekstrakt z owoców jałowca pospolitego, reguluje wytwarzanie sebum, stosowany w kosmetykach do cer tłustych, ogranicza przetłuszczanie, tonizuje, wzmacnia cebulki włosowe i pomaga w walce z łupieżem, PEG-40 hydrogenated castor oil - emolient, składnik odżywczy i zagęszczający, to pochodna glikolu polietylenowego i oleju rycynowego o właściwościach nawilżających, umożliwia powstanie emulsji, umożliwia połączenie się fazy wodnej z olejową w kosmetyku; ma działanie odtłuszczające, parfum - mój ulubieniec pod względem składników. Dlaczego? Nigdy tak naprawdę do końca nie wiemy co kryje się pod tą tajemniczą nazwą "parfum". Często bywa tak, że pod tą nazwą ukrywają się substancje zapachowe silnie uczulające albo nawet (!) kancerogenne... Wśród blogerek #greenbeauty panuje powszechne przekonanie, że jeśli w składzie występuje jakiś naturalny ekstrakt, to jest on osobno ujęty w składzie jako np.: lavender oil. Jeśli natomiast jest to substancja chemiczna imitująca naturalny zapach (szczególnie o wątpliwym wpływie na ciało), to wówczas ukrywa się ją pod słowem "parfum"..., origanum majorana leaf extract - ekstrakt z liści majeranku, działa przeciwzapalnie, phenoxyethanol - syntetyczny, kontrowersyjny konserwant, zdolny do wywołania efektów neurotoksycznych (pisałam o tym tutaj), może uczulać i podrażniać skórę,  ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, humektant, działanie nawilżające, citric acid - kwas cytrynowy, naturalny konserwant, regulator pH, hexyl cinnamal - syntetyczna substancja zapachowa, alergen, linalool - substancja zapachowa pochodzenia roślinnego, alergen, butylphenyl methylpropional - syntetyczna substancja zapachowa, alergen, zgodnie z niektórymi badaniami, może przejmować rolę niektórych hormonów, zaburzając naturalną gospodarkę hormonalną, kancerogenna, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde - składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach lilii, fiołka i cytryny; potencjalny alergen., citronellol - substancja zapachowa pochodzenia roślinnego, alergen, benzyl benzoate - substancja zapachowa pochodzenia roślinnego, alergen, zgodnie z niektórymi badaniami, może przejmować rolę niektórych hormonów, zaburzając naturalną gospodarkę hormonalną, kancerogenna, stosowana w nadmiarze może uszkodzić płód, limonene - substancja zapachowa pochodzenia roślinnego, alergen, geraniol - substancja zapachowa pochodzenia roślinnego, alergen, benzyl salicilate - substancja zapachowa pochodzenia roślinnego, zgodnie z niektórymi badaniami, może przejmować rolę niektórych hormonów, zaburzając naturalną gospodarkę hormonalną, kancerogenna, przyczynia się do zanieczyszczenia wód, hydroxycitronellal - syntetyczna substancja zapachowa, alergen

Podsumowanie: Cztery ekstrakty roślinne, rozpuszczone w mieszance alkoholowo-wodnej i aż dziesięć składników, których z zasady staram się unikać. Jestem alergikiem ze skłonnością do podrażnień skóry głowy, dlatego samo podejście do Banfi było z mojej strony aktem odwagi głupoty. Na szczęście nie wywołała ona dewastujących efektów w moim przypadku, jednakże wszystkim początkującym radzę uważać. Nie jest to kosmetyk z górnej półki, o czym można się przekonać już po samej jego cenie, ale jeśli ktoś wierzy w magię wcierek, może próbować. Ja jak na razie z nadzieją na #efekt, przerzucę się na pachnącą rosołem kozieradkę ;).

Znacie Banfi? Jakie są Wasze odczucia co do tej wcierki? 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz