wtorek, 20 listopada 2018

Przeczytałam książkę, obejrzałam film. Czekam na owacje.

Na ogół stronię od fikcji polityczno-socjologicznej. Jestem jeszcze piękna (xd) i młoda, a każda tego typu książka dosłownie odbiera mi chęć do życia. "Rok 1984" Georga Orwella, angielskiego pisarza urodzonego w Indiach, widniała jednak na mojej liście książek z pewnego wyjątkowo istotnego dla mnie powodu i nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Pomimo ogromnej chęci porzucenia lektury i włączenia filmu, wygrałam z ludzką słabością i dotrwałam do samego jej końca. Następnie obejrzałam film. Czy warto?





Warto. I w tym momencie mógłbyś/mogłabyś zakończyć czytanie mojej recenzji, ale tego nie zrobisz. Bo zżera Cię ciekawość.
   
Czym jest "Rok 1984"? Swego rodzaju podsumowaniem socjologiczno-politycznych zainteresowań Orwella i ostrzeżeniem - przed konsekwencjami komunizmu. George Orwell to twórca, który z łatwością łączył mało ambitne zawodowo życie z wnikliwym obserwowaniem otoczenia, będącego głównym źródłem inspiracji do pisania dzieł, które na stałe wpisały się w kanon światowej literatury.

Jeśli nigdy wcześniej nie miałeś/miałaś do czynienia z opisywaną przeze mnie książką, wyobraź sobie surową wersję Igrzysk Śmierci. Akcja dzieje się w fikcyjnym świecie i opisuje losy mieszkańców jednego z trzech mocarstw, rządzonego nieliczną, uprzywilejowaną grupą ludzi. Silnie zróżnicowane klasowo społeczeństwo można podzielić na trzy główne grupy: Partię Wewnętrzną, będącą odpowiednikiem elit naszego świata, której głównym celem jest utrzymanie i pogłębianie władzy, Partię Zewnętrzną odzwierciedlającą klasę robotniczą oraz partię pozbawioną wszelkich praw, zwaną prolami. 

Nieustanna kontrola, pranie mózgu propagandą rządzącej władzy, wymazywanie wspomnień, celowe zmienianie przeszłości poprzez aktualizowanie dokumentów to główne wątki, na które natkniesz się czytając tę książkę.

Co zdziwiło mnie najbardziej to to, że opisywane przez Orwella, na pozór fikcyjne wydarzenia, zdają się przenikać do naszej rzeczywistości. Nie trzeba daleko szukać, żeby trafić na żywy przykład zbiorowego obłędu. (Wystarczy pójść na jakikolwiek koncert ;)).

Wbrew temu, jak cudowne może wydawać się nasze życie, każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że otoczenie, w którym żyjemy gnije od środka. Życie głównego bohatera, Winstona, może niejako odzwierciedlać proces psychicznego dojrzewania każdego z nas. Obok brutalnego procesu niszczenia człowieka przez tortury fizyczne i psychiczne, wątki metafizyczne ukazane przez Orwella dosłownie zmuszają do uporządkowania własnych poglądów. Jeszcze nigdy dotąd nie spotkałam się z pozycją, która tak doskonale wpisała się w mój system wartości. Ilość notatek na marginesach to jeden z niewielu dowodów na to, jak bardzo lektura ta poszerza pewne horyzonty, inspirując do refleksji, do których zwykle nie dochodzimy bez odpowiedniego bodźca. Ale to nie wszystko. Ponieważ film...

 
Wbrew głosom krytyki zdaje się dosłowną wisienką na torcie po przeczytaniu książki. Sceptycy podkreślają, że nic nie jest w stanie oddać charakteru książki, ale osobiście odnoszę wrażenie, że żadna dotąd obejrzana przeze mnie ekranizacja nie współgrała z treścią książki, na której została oparta w tak namacalny sposób. Monotonny, momentami klaustrofobiczny klimat to zasługa wybitnych, artystycznych ujęć potęgowanych schizofreniczną, typową dla filmów z lat 80 muzyką w wykonaniu Eurythmics. 

Z pewnością nie jest to ekranizacja, którą poleciłabym obejrzeć przed przeczytaniem książki (ale chyba żaden szanujący się miłośnik słowa pisanego nie byłby w stanie pozbawić się pola popisu dla swojej wyobraźni). Nie zawiedziesz się, jeśli potraktujesz film Michaela Radforda jako dodatek. 

 
Znacie? Opinie?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz