sobota, 15 grudnia 2018

REQUIEM


Ostatnimi czasy oglądam dużo filmów, chyba już o tym pisałam. Z tytułem, z który dzisiaj zmierzę swoje siły recenzenckie, spotykałam się dziesiątki jak nie setki razy, ale nigdy nie miałam ani nastroju, ani okazji do tego, aby koniec końców go obejrzeć. Może to i lepiej (nie sądzę, żeby moja wcześniejsza ja doceniła/zrozumiała Requiem w należyty sposób). Jak zdążyliście pewnie przewidzieć, mowa o Requiem dla snu (2000) reżyserii Darrena Aronofskyego. Człowieka, którego jak dotąd kojarzyłam z produkcji takich jak Czarny Łabędź, Noe: Wybrany Przez Boga, czy Jackie

Jeśli ciekawi Was, co sądzę o dziele Aronofskyego, rozsiądźcie się wygodnie w swoich niewygodnych fotelach/krzesłach/łóżkach/whatever i kliknijcie na "czytaj dalej".



Może zanim zacznę, rozszyfrujmy słowo requiem. Jakby ktoś nie wiedział, oznacza ono mszę żałobną. Requiem for a dream można by zatem przetłumaczyć jako "Msza żałobna dla snu", ale dzięki Bogu tak się nie stało. Słowo zachowane w łacinie nadaje polskiemu tytułowi odrobinę wyniosłego (?) w każdym razie poważniejszego tonu. Trafnie, ponieważ film do rozrywkowych nie należy, czego spodziewać w sumie można się po gatunku (dramat).


Requiem dla snu opowiada historię czwórki ludzi. Ludzi zagubionych, autodestrukcyjnych, nieumiejętnie poszukujących drogi ku realizacji swoich małych, błahostkowych na pozór marzeń. Mamy tu ukazane desperackie próby urzeczywistnienia amerykańskiego snu, które zamiast budować - niszczą. Requiem to opowieść o tęsknocie za akceptacją, miłością, o życiu w wyimaginowanym świecie złudzeń, a także o tym do czego może doprowadzić brak szczerości, postępujące uzależnienie i ślepe podążanie za marzeniami. W dosłowny, realistyczny, brutalny i momentami psychodeliczny sposób doświadczamy namiastki upadku, do jakiego doprowadzić może życie w uzależnieniu.



Oprócz ciekawych ujęć, ścieżki dźwiękowej i niekonwencjonalnych zabiegów kompozycji obrazu filmowego, na które składają się chociażby dzielenie ekranu na dwie części, zabawa szybkością klatki, wstawki podczas zażywania narkotyków, czy rozczłonkowanie akcji, która przez cały przebieg filmu składa się z niezależnych od siebie obrazów (a mimo to tak bardzo ze sobą powiązanych), mamy tu ciekawe pole do obserwacji pod względem gry aktorskiej. Ellen Burstyn w pełni zasłużyła na pochwały, jakie pojawiły się tuż po premierze filmu, ale co ciekawe, nie gorzej radzili sobie młodsi koledzy z planu, w tym cukierkowy Jared Leto, którego miałam okazję widzieć już w innych ekranizacjach (utwierdzając się w przekonaniu, że zdecydowanie bardziej mu do twarzy z muzyką). Tutaj podobał mi się jednak bardziej i nie zaprzeczę opinii, że Harry to jedna z najbardziej przełomowych ról w jego karierze.



Nie jest to łatwy film. Oglądając go możecie poczuć ból egzystencji, który narasta ze świadomością tego, że Harry, Marion, czy Tyrone to nie są odosobnione przypadki, wręcz przeciwnie. Cząstka każdego z nich przenika do umysłu wraz z rozwojem akcji, do tego stopnia, że zaczynamy odczuwać ich ból jako swój własny. Może właśnie dlatego skłania do refleksji już w trakcie jego oglądania? Jeśli cenicie sobie produkcje, które niejako przyczyniają się do transformacji świadomości, świat straconych marzeń, zatracenia człowieczeństwa i kontroli nad życiem przedstawiony przez Aronofskyego będzie doskonały.

Oglądaliście? Opinie?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz