poniedziałek, 25 marca 2019

To the Bone


Dziś o filmie, do którego obejrzenia zbierałam się od dwóch lat, dokładnie od 2017 roku. Gdyby brać pod uwagę moje wiecznie zbyt niskie BMI oraz fakt, że wielu ludzi zarzucało mi w ciągu życia anoreksję, pewnie moglibyście z góry założyć, że najzwyczajniej w świecie unikałam drażliwego tematu. Być może przyznałabym Wam rację. Może się bałam i być może miałam czego. Filmy/książki/programy poruszające problematykę zaburzeń wszelkiego kalibru dotykają na innym poziomie, zwłaszcza kiedy problem w jakimś stopniu dotyczy nas samych. 

Czego dowiedziałam się o sobie w trakcie seansu "Aż do kości"? I dlaczego warto obejrzeć ten film?




Żyjemy w czasach, w których dążenie do przysłowiowej perfekcji przestało już kogokolwiek dziwić. Pomimo rozwijających się ruchów poszerzających świadomość na temat ludzkiego ciała i akceptację, wciąż chcemy 'pokazać się' z jak najlepszej strony, próbując za wszelką cenę sprostać własnym i społecznym oczekiwaniom wobec wyidealizowanego piękna. U niektórych są to zachowania obesyjno-kompulsywne, u innych styl życia. Granica pomiędzy zdrowym rozsądkiem, a chorobą zdaje się niebezpiecznie cienka. Opowiada o tym w swoim filmie Marti Noxon - amerykańska reżyserka i scenarzystka. 

Przyznam szczerze: zaskoczyła mnie niska ocena tego filmu na portalu Filmweb. Spodziewałam się nieco bardziej pozytywnej reakcji. "Aż do kości" wpisało się na listę moich ulubionych ekranizacji przede wszystkim dlatego, że Noxon nad wyraz subtelnie porusza tematy anoreksji, dysfunkcjonalnej rodziny, samotności, pokonywania własnych barier. Na próżno szukać tu drastycznych scen ukazujących życie anorektyczek na krawędzi. Może właśnie dzięki temu, że film na pierwszy rzut oka zdaje się płaski, "z niewykorzystanym potencjałem", można dostrzec jego wielowymiarowość. 

Tak jak pisałam już w jednej ze wcześniejszych recenzji, współczesny widz coraz częściej poszukuje w kinie tylko i wyłącznie silnych wrażeń i emocji. Kiedy dostaje coś subtelnego, zaczyna się nudzić, irytować. Jest to smutny dowód na to, że stajemy się coraz bardziej obojętni na cudze dramaty w momencie, kiedy nie potrafią przebić się przez naszą stwardniałą skórę.

 
W przeciwieństwie do Sofii Coppoli (której twórczości zwyczajnie nie umiem przełknąć), Marti Noxon zdaje się weteranką kina z niezwykłą umiejętnością do przenoszenia wyjątkowych opowieści na wielki ekran. Wraz ze swoim filmem "To the Bone", zabiera widzów w daleką podróż wgłąb człowieczeństwa, aż do samych kości, gdzie - poznawszy źródło problemu - możemy znaleźć rozwiązanie i drogę ku odrodzeniu się z popiołu niczym feniks. 

 
Dostrzegłam wiele podobieństw pomiędzy sobą, a główną bohaterką. Te podobieństwa stały się źródłem niekończącego się strumienia świadomości na temat mojej własnej relacji z jedzeniem, a także tym, jak moje ciało reaguje na wszelkiego rodzaju wydarzenia w życiu. Życiu, które nie zawsze jest łatwe, o czym ze względu na "estetykę" bloga staram się nie pisać. 

Temat wagi czy zaburzeń odżywiania towarzyszy mi odkąd pamiętam i chociaż staram się odpierać wszelkiego rodzaju ataki w swoją stronę i mam stałą kontrolę nad swoim zdrowiem, musicie wiedzieć, że każdy komentarz dotyczący mojej figury, czy zawartości tłuszczu w ciele, wywołuje naprawdę duże zamieszanie w moim umyśle. Tak dużo mówi się o samoakceptacji, jednak wciąż odnoszę wrażenie, że znacznie większą akceptację uzyskuje przysłowiowy "nadmiar tłuszczyku". Zupełnie tak jakby osoby z naturalną tendencją do tracenia kalorii w próżni (jesz i nie tyjesz) były wrogiem numer jeden całej #bodyawareness publiczności. Nie każda osoba, która wygląda jak cień człowieka musi się głodzić, pamiętaj o tym za każdym razem, kiedy na usta ciśnie Ci się "zjedz coś". 

Przed chwilą zjadłam 12 batoników Kinder Czekolady. Za chwilę przegryzę wszystko miską owoców. Moje BMI to 17.58, jeśli tak strasznie Cię to interesuje.