poniedziałek, 29 lipca 2019

{ a p a r a t k a } o krzywym zgryzie, nieudanym leczeniu & operacji



O ponownym leczeniu zębów aparatem ortodontycznym, myślałam już od wielu lat. Mimo, że zdecydowaną większość swojego życia chodziłam zadrutowana, efekt końcowy leczenia aparatem stałym, nie był zadowalający. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja historia będzie jedną z kilkudziesięciu (jak nie kilkuset) tysięcy niezadowolonych pacjentów, którzy pomimo ogromnych poświęceń od najmłodszego dzieciństwa, koniec końców ponownie zdecydowali się na leczenie. Zęby to twardzi zawodnicy, którzy chętnie wracają na swoje pierwotne miejsce, a brak odpowiedniej opieki i profilaktyki lekarskiej po zdjęciu aparatu to przepis na ich sukces. Ale o tym później.



Na początku kilka słów o mnie, o moim zgryzie, tym, jakich zmian musiałam / będę musiała dokonać w przyszłości. Jako dziecko urodziłam się ze ślicznymi, równiutkimi mleczakami i to nie powinno nikogo dziwić. Mleczaki najczęściej są ładne. Niestety - czego nie zauważyli i z czego nie zdawali sobie sprawy moi rodzice, urodziłam się z krzywym zgryzem. Pozwólcie, że wyjaśnię pewną istotną kwestię. Krzywy zgryz nie musi równać się krzywym zębom, aczkolwiek może. Skrzywiony zgryz powinien być leczony od najmłodszych lat, najczęściej operacyjnie, jednakże w czasach, w których byłam dzieckiem nie było ani środków pieniężnych, ani specjalistów do tego typu wad w pobliżu mojego miejsca zamieszkania. Zęby stałe zaczęły wyrastać tak, jak im się podobało.



Takim oto sposobem, kiedy dojrzałam do wieku lat sześciu, a rolę pierwszych zgubionych mleczaków zaczęły zastępować dorodne, krzywe do szpiku kości zębiska stałe, moi rodzice natychmiast zareagowali w imię zasady - im wcześniej tym lepiej. Problem w tym, że jedyną wadą, którą leczono (niewłaściwie zresztą), była krzywizna zębów. Zgryz próbowano poszerzyć, jednak nieudolnie. Nie zajęto się również problematyką środkowego piętra twarzy ani asymetrią, która towarzyszyła mi od zawsze.

Wyniki badań z 2008:



Typ twarzy retrognatyczny

Trafiłam do pierwszej ortodontki, która - ze względu na mój wiek - rozpoczęła "leczenie" aparatem wyjmowanym. Pamiętam jego kolor do dziś. Był różowy. Nie widząc efektów, moi rodzice zdecydowali się na zmianę ortodonty, który w zasadzie kontynuował pracę od podstaw poprzedniej lekarki, proponując kolejny, nieco "ulepszony" aparat wyjmowany. Tym razem zielony, z brokatem i gwiazdkami. Kiedy dorosłam do wieku odpowiedniego na założenie aparatu stałego, tj. do 14 roku życia, ortodonta przedstawił swój plan leczenia, w którym uwzględnił usunięcie dolnych czwórek. Zdrowych, rzecz jasna. Współcześnie raczej unika się usuwania zębów do leczenia ortodontycznego, jednakże moi rodzice nie zdawali sobie sprawy z alternatyw, nie mieli również zbytniego wyboru, jeśli chodzi o ortodontę - nie zamierzali wówczas dojeżdżać do oddalonego o 100 km od mojej rodzinnej miejscowości Wrocławia.

Skierowanie do stomatologa na usunięcie dolnych czwórek:



Czwórki usunęłam, aparat założyłam. Nosiłam go 5 lat. Aparat ortodontyczny wiąże się ze ścisłym przestrzeganiem pewnych zasad, a mianowicie - unikania twardych potraw, słodyczy, wzmożonej higieny. O ile z dbaniem o czystość zębów nie miałam nigdy problemów, o tyle z tym pierwszym (unikaniem słodyczy, twardych / chrupiących pokarmów) było gorzej. Wielokrotnie po cichaczu kupowałam w sklepiku szkolnym snickersy i inne twarde specjały, a potem (co nie powinno nikogo dziwić), wkręcałam wszystkim wokół, że ZAMKI i PIERŚCIENIE SAME odlatywały. W magiczny sposób, z pewnością nie z mojej winy, co to, to nie! W związku z powyższym, wizyty kontrolne / awaryjne, nie ograniczały się do jednego razu na miesiąc, czy dwa miesiące, a kilku razy w miesiącu, czasami tygodniu.




Zdjęcia z okresu, kiedy nosiłam pierwszy stały aparat ortodontyczny. Widoczna asymetria łuków, zaburzona harmonia twarzy i pracy mięśni.  


W czasach nastoletniego wieku, posiadanie aparatu ortodontycznego kojarzyłam głównie ze stygmatyzacją, serialem BrzydUla / bajką "Aparatka", ogromną ilością upokorzeń, wstydem podczas spożywania jakiegokolwiek pokarmu w szkole lub wśród znajomych. Nigdy nie miałam pewności, czy między zębami nie zostało mi coś, o czym nie miałam pojęcia. Z niecierpliwością oczekiwałam na dzień, w którym zdejmę to żelazne cholerstwo z zębów. Problem w tym, że upragniony dzień wyjątkowo odwlekał się w czasie (ortodonta przez ponad rok wyszukiwał dodatkowych usterek, które wypadałoby w ułożeniu zębów naprawić), a kiedy już nastąpił, efekt końcowy wyglądał następująco:

Byłam zadowolona z faktu posiadania prostych zębów - w końcu tyle lat o to walczyłam. Byłam zrozpaczona wyglądem mojego uśmiechu, podczas którego widoczne były głównie trzy zęby, czwórki ledwo, ledwo, co dawało efekt następujący:





Mój ortodonta był zachwycony z dokonanych czynów, a przede wszystkim z WYSUNIĘCIA żuchwy, która miała rzekomo nadać hollywoodzkiego charakteru mojemu uśmiechowi. W efekcie proces wysunięcia zagwarantował mojej brodzie ohydny wygląd rodem z baśni o wiedźmach, co w połączeniu z opadającym (z niewiadomych wówczas przyczyn) koniuszkiem nosa, nadawało mojej twarzy ostrego charakteru. To właśnie ostry wygląd twarzy i wieczny "bitch face" był głównym motorem rozpoczęcia mojego "błądzenia".

Może część z Was wie, a może nie, w międzyczasie wykonałam prywatnie prostowanie przegrody nosowej, a wraz z nią ścięcie praktycznie niewidocznego garbka, z nadzieją na poprawę warunków twarzy. Nic się nie zmieniło. Po pewnym czasie odniosłam wrażenie, że jest tylko gorzej. Z czasem koniuszek nosa zaczął coraz bardziej opadać, a broda i asymetria powoli zaczęły wychodzić na pierwszy plan. Możecie uznać, że ścięcie włosów było błędem, ale to właśnie zmiana fryzury skupiła uwagę na twarzy oraz jej zaburzonej harmonii, która towarzyszyła mi od wielu, wielu lat.



Opadający koniuszek nosa:



To zabawne, bo kwestię mojej brody komentowało sporo osób i niejednokrotnie bywała ona obiektem żartów, ale nigdy wcześniej nie wiązałam posiadania tego defektu urody z ewentualną wadą zgryzu. Podobnie również nie zdawałam sobie sprawy z tego, że krzywa przegroda nosa wcale nie musiała być efektem silnego ciosu od piłki (do tego wniosku doszłam wraz z chirugiem, który wykonywał prostowanie przegrody), a być wynikiem pogłębiającej się asymetrii twarzy.

W związku z tym, że mam dość silny charakter, a prześmiewcze uwagi w moją stronę nie wpływały na mnie zbyt szczególnie, przez długi czas nie szukałam przyczyny posiadania "krzywej twarzy" i wyjątkowo niepokojącej mimiki. Przegrodę nosa prostowałam głównie po to, żeby poprawić warunki oddechowe. Rosnąca świadomość na temat tego, co działo się z moimi zębami sprawiła, że postanowiłam zagłębić się nieco bardziej w temat szczęk i ich wad.




W drugiej liceum podjęłam decyzję o usunięciu górnych ósemek i o ile lewą usunęłam bez problemu, prawa musiała zostać zlikwidowana chirurgicznie. Po usunięciu ósemki przeziębiłam się i zachorowałam na drugie już zapalenie nerwu twarzowego (prawego).


 


 




Usunięcie ósemek i brak kontaktu z byłym ortodontą przyczyniły się do tego, że zęby zaczęły wracać na swoje miejsce. Oczywiście nie pokrzywiły się tak drastycznie jak wyglądały wcześniej. Najbardziej przeszkadzała mi prawa górna dwójka i fakt, że przy uśmiechu en face, widoczne były wyłącznie trzy zęby z każdej strony. Czwórki kompletnie zniknęły gdzieś w tyle. Nazywałam to uśmiechem "przygłupa". Jeśli obserwujecie moje media społecznościowe, mogliście tej wady nie zauważyć. Należąc do wyjątkowo świadomych siebie osób potrafiłam ustawić głowę do zdjęcia/filmu w taki sposób, żeby wyglądać dobrze. W przypadku walki o zdrowe zęby i prawidłowy zgryz nie ważny jest jednak wygląd, a komfort życia. Wiedzieliście, że nie potrafiłam gryźć kanapek tak, żeby odgryźć pomidora razem z szynką?



 


 




Zdjęcia en face ukazujące asymetrię dolnej partii twarzy/ust/:




Przed rozpoczęciem leczenia, należy doprowadzić zęby do absolutnego porządku. Pierwszy aparat ortodontyczny narobił u mnie więcej szkód niż pożytku. Dowodem tego może być chociażby fakt, że ortodonta po usunięciu pierścieni, nie raczył dokładnie oczyścić zębów z kleju, na którym następnie nadbudowywał się kamień, a to prowadziło do stanów zapalnych, a po pewnym czasie do próchnicy. Groziło mi nawet kanałowe leczenie zęba, a jakby tego było mało, w tamtym okresie trafiłam na niezbyt ciekawą stomatolog (ale mieszkała tak blisko mnie, oh, ah, taka wygoda!), która borując, praktycznie odsłoniła mi w tym zębie nerw. Nie wspominając już o tym, jak bardzo "wygoliła" koronę zęba, pozostawiając go, kolokwialnie mówiąc - BRZYDKIEGO. Z pewnością wykonam na nim bonding, ale dopiero po zakończeniu leczenia.




Przed umówieniem się na wizytę u ortodonty, postanowiłam zrobić w jamie ustnej całkowity porządek. Wyleczyłam drobne ubytki, wypiaskowałam zęby, a kiedy wszystko zdawało się być w porządku, postanowiłam działać.



W wyborze ortodonty nie kierowałam się tylko i wyłącznie galerią metamorfoz, ale tym, jakie doświadczenie posiada w zakresie leczenia zespołowego. Wiedziałam, że mam wadę zgryzu. Tego typu rzeczy się po prostu czuje, albo zwyczajnie wie (zwłaszcza, jeżeli planowałeś/aś dostać się na stomatologię i przez rok studiowałeś/aś kierunek związany z protetyką). To podczas warsztatów z klejenia protez zdałam sobie sprawę z niewłaściwych krzywizn szczęki i żuchwy i tego, że mam w buzi porządny bałagan. Bałagan, który można byłoby wyleczyć bez konieczności operacji, gdyby odpowiednio wcześnie zajął się mną właściwy specjalista.




Przed operacją należało moje zęby ortodontycznie do niej przygotować, tj. odpowiednio je ustawić. To niesamowite, ale już leczenie samym aparatem ortodontycznym pod okiem właściwego specjalisty przyniosło szokujące efekty zarówno w ustawieniu zębów jak i powrocie harmonii mojej twarzy do normy. Mimo widocznej poprawy, nadal posiadałam silny uśmiech dziąsłowy oraz asymetrię łuków:





Kiedy poznałam wstępną datę operacji, tj. 28 maja 2019 roku, która z powodu sił wyższych została przesunięta na 12 czerwca, nie mogłam w to uwierzyć. Dopiero kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że kwestia zabiegu to nie tylko myślenie o nim w odniesieniu do niedalekiej przyszłości, lecz fakt już niedługo dokonany, poczułam prawdziwy strach. Należę do tego typu osób, które przed jakimkolwiek zabiegiem czytają w sieci tyle, ile się da. Oznacza to, że przed wyjazdem do szpitala naoglądałam się tylu zabiegów chirurgicznych szczęki ile mogłam, uwzględniając w to wszelkie drastyczne ujęcia prosto z MedTube. Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, w moim przypadku był to pierwszy stopień do nieopisanego stresu, strachu, zakładania najgorszego i tym podobne. Zapisując się na leczenie powiedziałam "A", następnym krokiem była operacja, czyli powiedzenie "B".

Moje odczucia co do chirurga, który miał mnie operować były dość mieszane, ze względu na to, że pierwsza wizyta w szpitalu była raczej krótką, 5-minutową formalnością, mającą na celu ustalenie wstępnego terminu. Jedyne wolne miejsce - 22 lutego 2022 roku. Mój chirurg podchodził odrobinę lekceważąco do pytań, które zadawałam podczas wizyty, dając mi do zrozumienia, że pytania były głupie? Nieistotne? Zadawane zbyt wcześnie? (Bo przecież mogę się rozmyślić i wyjechać do Stanów za zespołem, który kocham - swoją drogą to założenie było dość podejrzane, niby skąd miał wiedzieć, że mam obsesję na punkcie twenty one pilots). Nie wiem, czy doktor miał gorszy dzień, ale odniosłam wrażenie, że jest po prostu napuszonym człowiekiem sukcesu, doskonale znającym się na swoim fachu i jednocześnie pobłażliwie odnoszącym się do ludzi spoza medycznego światka. Wiecie, pierwsze wrażenie jest w-a-ż-n-e, a ja do tego typu osób, osób, które zachowują się tak, jakby postradały wszelkie rozumy, zwyczajnie nie mam zaufania. Moje obawy rozwiały się w momencie, kiedy byłam już w szpitalu, dzień przed operacją.

PRZYGOTOWANIE DO OPERACJI

Moje przygotowania były... pójściem na łatwiznę. Zajrzałam na kanał OFKORSAKA, spisałam wszystkie potrzebne rzeczy, kupiłam je, a zadowolenie i duma z samej siebie po skompletowaniu wyprawki sięgały niemalże zenitu. Jak się okazało połowy z tych rzeczy nie potrzebowałam, ale część okazała się naprawdę przydatna. Nakręcę osobny film, w którym pokażę Wam absolutne must-have w wyprawce szpitalnej.

POBYT W SZPITALU 

W szpitalu miałam pojawić się dzień przed operacją, na godzinę 8:00. Pomimo tego, że miałam drobny problem z rejestracją, personel okazał się na tyle pomocny i ludzki (co zdarza się niezwykle rzadko), że udało się go wspólnie rozwiązać. Po otrzymaniu plakietki w Izbie Przyjęć, zaprowadzono mnie do sali, w której o dziwo przez pierwsze dwie doby leżałam sama (um... tastes like a victory). Wykonano mi podstawowe badania (ciśnienie, pobrano krew na ustalenie grupy krwi), przeprowadzono wstępny wywiad lekarski, wkłuto wenflon & podano pierwszą kroplówkę na wzmocnienie. Około godziny 13:00 na oddziale miał pojawić się anestezjolog, dla którego podali mi oddzielną ankietę do wywiadu. Przed wywiadem z anestezjologiem miałam kolejny wywiad z chirurgami, tym razem z doktorem, którego spotkałam rok wcześniej i drugim, nowym.

Dokładnie obejrzeli moją twarz, wykonali fotografie do dokumentacji medycznej, tym razem o wiele bardziej szczegółowo odpowiadali na moje pytania, chociaż speszona zeszłoroczną wizytą starałam się zadawać tylko te najbardziej istotne. Dowiedziałam się wówczas, że w przypadku zbyt nadmiernego krwawienia, operację mogą nawet przerwać, ale jeżeli nie będę krwawić mocno - nie wykonają mi nawet transfuzji.

Tak jak wspominałam wcześniej, personel szpitala był naprawdę, ale to naprawdę cudowny. Przekazywano mi wszystkie istotne informacje, czasami nawet kilkukrotnie, dlatego nawet jeśli czułam się jak zjadane przez stres kocię we mgle, zawsze czekała na mnie pomocna dłoń, która z przysłowiowej mgły czekała, aby mnie wyprowadzić. Szczerze mówiąc nie pamiętam, co robiłam do wieczora po przyjęciu, z faktów istotnych - do godziny dwunastej w nocy mogłam pić. Później o łyku wody mogłam co najwyżej pomarzyć. Było to dość pomocne podczas głodu, zważywszy na to, że ostatni posiłek jaki dostałam to trzy suche kromki chleba i wielka łycha dżemu z gorzką herbatą do popicia. Herbatą pogardziłam, wolałam wodę / nutridrinki, które na długo przed zabiegiem piłam na potęgę niczym ludzie szejki na siłowni.

Dzień zero nadszedł szybciej niż myślałam. Szósta rano - pobudka. Kolejna kroplówka, czekanie. Byłam drugą operowaną w tym dniu osobą. Przed zejściem do sali przejściowej - sali, w której pacjenci oczekiwali na operację - podano mi "głupiego Jasia". Do tej pory nie wiem jak określić jego działanie, aczkolwiek pamiętam absurdalne sytuacje z anestezjologami w tle, kiedy to zadawali mi przed wjazdem na salę pytania dotyczące kolczyków, lakieru do paznokci, aż w końcu - m a k i ja ż u, na co ja "tatuaże? a tak, mam jeden", obydwoje spojrzeli na siebie powstrzymując śmiech. Makijaż, tatuaż - co za różnica, kiedy jesteś na prochach. Kolejną niewytłumaczoną do dnia dzisiejszego zagadką jest dla mnie sufit na sali operacyjnej. Dałabym uciąć rękę, że przy fasadzie namalowane były obrazki z Pszczółki Mai, Kubusia Puchatka, albo Króla Lwa - nie jestem pewna z jakiej bajki i nie daje mi to spokoju. Czy rzeczywiście były tam obrazy czy to wytwór mojej wyobraźni? To jedyna rzecz, jaką pamiętam przed odlotem w nicość.

Pobudka - poza stanem, w jakim się znajdowałam - była całkiem łagodna. To co się działo później przejdzie prawdopodobnie do historii szpitala, zważywszy na to, że z niewiadomych przyczyn odpowiadałam pielęgniarkom i lekarzom w języku angielskim. Długo to trwało, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że jestem Polką, ale koniec końców przeskoczyłam na Polski. Wówczas przewieziono mnie na salę, w której przebywałam do końca pobytu w szpitalu. Dopiero po paru godzinach dotarło do mnie w jak t r a g i c z n y m położeniu się znajdowałam. Twarz zaczęła mi puchnąć (zdjęcie), nie czułam bólu, ponieważ regularnie otrzymywałam kroplówki z środkiem przeciwbólowym. Nie mogłam się napić do 6 rano następnego dnia po operacji i tutaj - uwaga, odrobinę naciągnęłam zasady, ryzykując możliwość puszczenia pawia. Ogólnie rzecz biorąc nie wymiotowałam po operacji krwią - co zdarza się niezwykle rzadko, więc można powiedzieć, że miałam ogromne szczęście. Około pierwszej w nocy nie wytrzymałam i nalałam sobie do strzykawki odrobiny wody. Napiłam się, ulga. Ale skończyło się prawie wymiotami, więc nie piłam więcej po uspokojeniu odruchów wymiotnych po jednym (!) łyku wody. Pierwsze noce były tragiczne. Było gorąco - w pokojach szpitalnych nie było klimatyzacji! Budził mnie ból? Bezsenność? W każdym razie snułam się po oddziale jak nocny marek, nie zważając na to, że nie powinnam była chodzić sama - samodzielnie chodziłam do toalety, świadoma tego, że pielęgniarka, która powinna mi towarzyszyć beztrosko cięła komara w pokoju obok.

Następnego dnia po operacji musiałam zjechać piętro niżej na zdjęcie rentgenowskie. Dopiero kilkanaście minut poza łóżkiem uświadomiły mnie jak bardzo słaba byłam. Jedyne o czym marzyłam to sen, tymczasem czekała mnie dłuższa chwila w ciężkim kaftanie na stojąco, z niewygodnym ułożeniem ust. Po pierwszym zdjęciu zrobiło mi się słabo, dlatego personel pozwolił mi chwilę odpocząć na wózku. Pamiętajcie, aby każdą oznakę nadchodzącego omdlenia bądź utraty sił komunikować osobom znajdującym się w pomieszczeniu. Nie ma sensu zgrywać chojraka i na siłę wszystkim udowadniać, że dacie radę. Czujecie ból? Prosicie o dodatkowy środek przeciwbólowy. Nie macie siły samodzielnie chodzić do toalety? Pielęgniarki są od tego, aby Wam pomóc.

Na drugi dzień po operacji w moim pokoju pojawiła się nowa współlokatorka, którą serdecznie pozdrawiam, jednakże - mimo, że nie mam nic przeciwko towarzystwu innych osób, szybko zdałam sobie sprawę z tego, że przy ówczesnym stanie wcale nie po drodze mi do rozmów czy odpowiadania na zadawane pytania. Jedyne o czym marzyłam to święty spokój i jak najszybszy powrót do zdrowia - nie zdawałam sobie wówczas sprawy JAK DŁUGA droga przede mną.

Przed opuszczeniem szpitala stawił się do mnie chirurg, który mnie operował, spytał o samopoczucie, następnie poinstruował, że za jakiś czas będą mi szynować zęby. Nie było to przyjemne doświadczenie z kilku powodów - po pierwsze, lekarz, który dokonywał tej procedury rzucił w moim kierunku kilka nieprzyjemnych komentarzy, na przykład taki, że "my kobiety zazwyczaj sporo trajkoczemy o głupotach" i teraz będę trochę mniej mówić... Po drugie, naciąganie mega spuchniętej skóry i dziąseł nie należały do najprzyjemniejszych, po trzecie, w trakcie operacji odpadło? Mi kilka zamków, powodując utrudnienia w lokacji wyciągów. Początkowo myślałam, że będą wkładać mi do ust płytki, które miałam mieć przy sobie, czasami to robią, jednakże w moim przypadku nie było to konieczne.

Po zaszynowaniu nadszedł czas na opuszczenie szpitala, postanowiłyśmy z mamą kolejną dobę przenocować w Opolu, w razie "w", jakby coś niespodziewanego się stało. Do Opola z mojej rodzinnej miejscowości mamy dość daleko, bo X km, dlatego wolałyśmy nie ryzykować. Wynajęłyśmy pokój w domku letniskowym, niedaleko szpitala. Około czwartej nad ranem wyruszyłyśmy w podróż powrotną. Miałam to szczęście, że przez większość drogi mi się przysypiało, był mały ruch na drodze i mały upał w porównaniu do tego, co doświadczyłam w szpitalu. Bądź co bądź rekonwalescencja w domu znacznie różni się od tej poza "ukochanymi" czterema ścianami.

Moja obecna rekonwalescencja polega na wykonywaniu specjalistycznych ćwiczeń z zalecenia fizjoterapeuty i masażów limfatycznych twarzy, które zaprezentuję w kolejnych filmikach z serii "a p a r a t k a". Efekty "przed" i "po" oraz pierwsze fotografie z okresu około-operacyjnego znajdziecie w filmie na YouTube:


Pożegnałam retrogenię, która z czasem, w wyniku niewłaściwie prowadzonego leczenia ortodontycznego z tyłożuchwia przeistoczyła w nadmierny przerost brody, asymetrię i dziąsłowy uśmiech twarzy. Pożegnałam zagrożenie ponownego stłoczenia się zębów (dwójka już nachodziła na trójkę) i strach o pogorszenie się wady zgryzu. Koszt leczenia zębów wynoszący łącznie 42 tys zł to nauczka, żeby nie ufać każdemu lekarzowi bezgranicznie i przestroga dla tych, którzy swoją przygodę z ortodoncją zamierzają dopiero rozpocząć. Na pytanie czy było warto i czy widzę różnicę, uśmiecham się (tym razem prosto) pod nosem. Osoba, która nie przeżyje tego na własnej skórze nigdy nie dowie się jak wiele trzeba przejść w walce o cień "normalności", którą szczęśliwcy mieli okazję wylosować w puli genowej naszych przodków.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania, zadawajcie je śmiało w komentarzach, albo za pośrednictwem ask.fm. Skoro już postanowiłam być Maryją w świecie krzywoustych, pociągniemy tę kwestię do samego końca.