czwartek, 8 sierpnia 2019

SUSPIRIA



W końcu i ona. Długo wyczekiwana recenzja filmowa, na którą pazurki ostrzyło sobie sporo z Was. Zapraszam serdecznie!


Już dawno chciałam stworzyć serię poświęconą mojemu ulubionemu gatunkowi filmowemu, a mianowicie horrorom. Oglądanie horrorów, a zwłaszcza psychologicznych to obok czytania książek, moja ulubiona forma spędzania wolnego czasu praktycznie od siódmego roku życia. To właśnie wtedy razem z mamą po raz pierwszy obejrzałam "Ring".



Pamiętam to doświadczenie do dzisiaj i chociaż filmy grozy oglądane przeze mnie obecnie z trudem wywołują u mnie takie emocje (z horrorami jak z pornosami, im więcej oglądasz tym mniej Cię cokolwiek rusza... + mina zakłopotania... nie żebym oglądała + mina zakłopotania), od czasu do czasu udaje mi się znaleźć coś, co dosłownie zwala mnie z nóg.

Takim filmem była Suspiria z 2018 roku, będąca reinterpretacją ekranizacji z 1977 roku, do której odniosę się nieco później. Swoją drogą do dnia dzisiejszego pluję sobie w twarz, że obejrzałam te dwie kultowe produkcje w odmiennej kolejności, zwłaszcza, że zawsze staram się oglądać pierwowzory przed zetknięciem się z ich reinterpretacją. Na swoje szczęście niewiele straciłam, ponieważ nowa wersja (pomimo szeregu odniesień łączących ją z pierwotną trylogią), okazała się czymś zupełnie nowym, świeżym, autonomicznym.



Jednym z przekazów Suspirii z 2018 roku, które uderzyły mnie najbardziej było zdanie wypowiedziane przez bohaterkę Tildy Swinton, Madame Blanc, "Gdy tańczysz cudzy taniec, czynisz się obrazem jego twórcy". Tego typu przesłanie możemy odnieść nie tylko do tańca, ale właściwie do każdej dziedziny twórczości. Inspirując się innymi jednocześnie upodabniamy się do pierwowzoru, czego dowiódł chociażby reżyser "nowej" Suspirii, Luce Guadagnino, rozsadzając ramy konwencji kina grozy jak jego poprzednik, Dario Argento.

Chociaż oryginalna "Suspiria" nie ma sobie równych pod względem obrazu czy muzyki, to jednak stworzenie nowej, głębszej wersji, rozbudowanej o brakujące elementy było dla Argento sporą przysługą. Mówiąc przysługą, odnoszę się do smutnego faktu iż oryginalna kontynuacja "Surpirii" przypominała raczej tonięcie statku po zderzeniu z górą lodową, niekoniecznie progres, którego na logikę (której brakuje zresztą w każdym z filmów opowiadających o Trzech Matkach), spodziewałby się każdy widz o zdrowych zmysłach.


W nowej "Suspirii" mamy zdecydowanie więcej tańca będącego idealnym zobrazowaniem pierwotnej, demonicznej siły dominującej zarówno nad ciałem jak i duszą. Hipnotyzującą choreografię przeplatają przerażające ujęcia marzeń sennych głównej bohaterki.

Podobnie jak w oryginale Argento, na pierwszy plan w reinterpretacji wychodzi jej starannie budowany nastrój. Nie ma tu miejsca na logikę zdarzeń, a wątki fabularne są na tyle chaotyczne, że po seansie można zadawać mnóstwo pytań. Suspiria to połączenie hipnotyzujących obrazów i magii dźwięku. Gdyby reżyser pozostawił na zakończenie równie zagmatwane jak cały film, moglibyśmy mówić o prawdziwym doświadczeniu na miarę podziwiania dzieła sztuki. Otrzymaliśmy film o którym trudno zapomnieć. I chyba o to w świecie filmu chodzi.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz